“Ludzie z wody” cz.7


fot.20. Zygmunt Tuszyński

Ludowe Wojsko Polskie, prawie urwana ręka.

          Stał wyprężony na baczność, wszyscy stali. Każdy mięsień od stóp do samego czubka głowy prężył się ku chwale. Raczej nie był dumny ani chętny, bardziej musiał. Zjawiła się rodzina, ubrany w mundur Ludowego Wojska Polskiego, ten wyjściowy, bo przecież nie w służbowy czy jeszcze mniej godny odwiedzin, polowy. Wszystkie w kolorze khaki, guziki z metalu niklowanego, orzeł na czapce też. Orzeł nie miał korony, można pokusić się o stwierdzenie, że nawet był ładniejszy od kuricy, pticy i wrony, które to nazwy przylgnęły niemal natychmiast do tego pierwszego ptaka czerwonego z tysiąc dziewięćset czterdziestego trzeciego roku. Tamten wizerunek niejaka pani Broniewska zerżnęła skrupulatnie ze wszystkimi szczegółami z sarkofagu księcia Władysława Hermana w płockiej katedrze. Książę co prawda władcą Polski był, ale nigdy nie zabiegał o koronę królewską, nie był koronowany ergo tytułu króla nie posiadł. Artysta Zygmunt Vogel, który sarkofag projektował, na szczodrze opłacone zamówienie biskupa płockiego Adama Michała Prażmowskiego, insygnia monarsze umieścił na płycie podtrzymywanej przez dwa orły, z przodu zaś usytuował alabastrowego orła, który to wizerunek dojrzała swego czasu pani Broniewska w książce i ku uciesze komunistów – ptak był pozbawiony tarczy amazonek i korony. Orzeł przywdzieje koronę dopiero w wolnej Polsce u schyłku dwudziestego wieku, to jeszcze nie teraz.
          Teraz rozsiadł się na Zygmuntowej czapce i jak to metalowa istota nic sobie nie robił z wywrzaskiwanej z setek młodych chłopięcych, a właściwie prawie męskich gardeł roty przysięgi. Jako że takową rotę właśnie na placu apelowym w asyście gapiów, to rodziny i korpusu oficerskiego, to zawodowcy na usługach wrażego mocarstwa, młodzi ludzie wykrzykiwali.
– “Ja, obywatel Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, – to całkiem nowy twór
– stając w szeregach Wojska Polskiego, przysięgam Narodowi Polskiemu być uczciwym, zdyscyplinowanym, mężnym i czujnym żołnierzem, wykonywać dokładnie rozkazy przełożonych i przepisy regulaminów, dochować ściśle tajemnicy wojskowej i państwowej, nie splamić nigdy honoru i godności żołnierza polskiego. Przysięgam służyć ze wszystkich sił Ojczyźnie, bronić niezłomnie praw ludu pracującego, zawarowanych w Konstytucji, stać nieugięcie na straży władzy ludowej – ostatni żołnierz walczący od nastania władzy nazistowskiej w trzydziestym dziewiątym ginie w sześćdziesiątym trzecim roku, tym razem z rąk władzy ludowej. W już od osiemnastu lat rzekomo wolnej Polsce. – dochować wierności Rządowi Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Przysięgam strzec niezłomnie wolności, niepodległości i granic Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej przed zakusami imperializmu – przed zakusami ruskich, stać nie trzeba było. – stać nieugięcie na straży pokoju w braterskim przymierzu z Armią Radziecką – w tym miejscu podniósł się tumult i wrogi pomruk, to od strony tłumu gapiów, znajomych, kolegów, rodzin przysięgających żołnierzy.
– i innymi sojuszniczymi armiami i w razie potrzeby nie szczędząc krwi ani życia mężnie walczyć w obronie Ojczyzny, o świętą sprawę niepodległości, wolności i szczęścia ludu. Gdybym nie bacząc na tę moją uroczystą przysięgę obowiązek wierności wobec Ojczyzny złamał, niechaj mnie dosięgnie surowa ręka sprawiedliwości ludowej” – w rzeczy samej, ręka była surowa i pamiętliwa, księdza Jerzego ta ręka dosięgnie u schyłku 1984 roku.
          Po rzekomo uroczystej przysiędze na wierność armii czerwonej rozpoczął się raut. Szału żadnego nie było, bo ci co przybyli zdawali sobie sprawę co zaszło i jakoś specjalnie nie czuli się uszczęśliwieni przez władzę lufową, wprost przeciwnie. Na dużej przestrzeni trawiastej rozstawione były polowe namioty, to na wypadek deszczu. W środku stoły, krzesła, których jak zwykle w takich sytuacjach bywa okazuje się za mało. Ludzie rozsiedli się rodzinami, w grupkach, przy swoich synkach i syneczkach, to mamy, ojcowie natomiast usiedli przy swoich synach. Podniósł się gwar rozmów, wspomnień, poklepywania po plecach, wpadania sobie w objęcia. Prawie równocześnie rozszedł się zapach wiejskiego chleba i kiełbasy, nareszcie żołnierze położyli na kubkach smakowych coś tak różnego od pozbawionej smaku i woni codziennej żołnierskiej kaszy. Zygmunt rozochocony pierwszymi kieliszkami swojskiej w ukryciu przecież – bo dowódca krążył w pobliżu, pewnie też szukał jakiegoś źródła radości nieuzasadnionej – pitej wódki, opowiadał, przegryzając każde zdanie pętem smacznej kiełbasy na przemian z dużą i grubą pajdą wiejskiego chleba, piętki czasami zwanej dupką, tę część najbardziej lubił. W końcu przy ich stole przystanął dowódca Zygmunta, wszyscy zamilkli, nikt nie miał pomysłu co należy zrobić, poczęstować go, o czym z nim rozmawiać?
Dowódca zaczął pierwszy.
– To mama? – zapytał
– tak, to moja mama –
– Chciałem Pani serdecznie podziękować, za takiego dzielnego syna, którego oddała Pani w służbę ludową – na chwilę zawiesił głos czekając na reakcję.
– aaa? –
– mama chyba nie dosłyszała – tłumaczył Zygmunt
– Ojczyzna! Ludowa! Dziękuje Pani za syna! – tym razem dowódca postanowił dać się usłyszeć i nawet mu się udało. Całe towarzystwo zamarło. Franciszka, mama Zygmunta na jakość swojego słuchu narzekać nie mogła i nigdy nie narzekała. Miała za to określone zdanie na temat tak zwanej ojczyzny ludowej, która przemocą prawną jej zdaniem i nie tylko jej zupełnie bezprawną, zabrała jej syna prosto z barki, przecież wspólnie z nimi na barce pracował. Jakby tego było mało władza ludowa zmuszała jej dziecko do służenia ruskiemu okupantowi. Mocno w niej utkwił ten argument o armii czerwonej. To nie był jej świat, to zdecydowanie nie była jej bajka. Ci, którzy ją znali, czekali aż coś wypali tak bliżej prawdy zupełnie mijając się z oficjalną linią sowieckiej propagandy.
– aaach, aaach – kobieta była mądrzejsza niż się to komu zdawało, udała wzruszenie, chociaż nie musiała się zbytnio wysilać, tak na nią podziałało od paru miesięcy wyczekiwane widzenie z synem.
– Zgłoś się do oficera dyżurnego, ma dla ciebie wystawioną przepustkę –
oficer przekazał Zygmuntowi świetną dla każdego żołnierza wiadomość, lekko skłonił głową i odszedł węszyć wśród innych gości, uczestników tej chciałoby się powiedzieć szacownej uroczystości, większość, prawie nikt, mimo kilku o czerwonych poglądach, zawsze się tacy znajdą, w zdecydowanej większości nikt tak nie uważał. Podjadano, popijano, Ci co mogli ruszyli ze swymi bliskimi na miasto, opuszczając całkiem przyjemne w widoki, ale zupełnie nie do zaakceptowania, jeżeli chodzi o nadzór miejsce. Przeważnie było miło, ale perspektywa jeszcze dwudziestu dwu miesięcy w ludowym wojsku nikogo nie zachwycała ani młodych żołnierzyków, a tym bardziej ich bliskich. Szkolenie unitarne, to do przysięgi zleciało bardzo szybko, wiadomo, może nie wszystkim, ale tak już jest, że młodemu wojsku w koszarach się nie nudzi. Wszyscy głodni, bo czasu na stołówce zawsze młodzi mają za mało. To nie dlatego, że jeszcze bez wprawy się ślamazarzą. Opiekunowie skrupulatnie dbają by z niczym nie zdążyli, przydzielając im taki czas, którego zawsze będzie za mało. Piętnaście minut na posiłek, liczony od pierwszego, a nie ostatniego z pięćdziesięciu chłopa. Ostatni zjada co może bez siadania do stołu, nie usiądzie, bo wszyscy już wstają, padł przecież rozkaz. Skurwysyński rozkaz, będą po paru dniach z wściekłością tak go nazywać. Kawy nie posmakuje żaden i tak jest niedobra, zbożowa lura, wrzątek wlewany do aluminiowych kubków, parzy w dłonie, czasu nie starczy by napój ostygł. W tym stanie nadaje się do oparzenia buzi, z całą pewnością nie nadaje się do wypicia. Zawsze kasza, tragedia młodego wojska. Tu w Piątym Kołobrzeskim Pułku Piechoty w Szczecinie, to taka swoista logika komunistyczna, kołobrzeski w Szczecinie. Tu w Piątym Kołobrzeskim kaszę podają nie tylko na obiad. Taka sama kasza jest na śniadanie i na kolację, po dwóch tygodniach jedzenia kaszy wszyscy rozumieją, że nie zobaczą niczego innego na talerzu do końca unitarki a może i dłużej. Uzupełniają tę swoiście zróżnicowaną dietę zakupami na mieście, to rzadkie wręcz niewykonalne zadanie, ewentualnie paczkami z domu, to drugie równie rzadkie jak to pierwsze. Socjalistyczna kasza wzmacnia ich ciała i krzepi ducha morale, będą się śmiać między sobą. Głodny śmiech przez łzy przekory, jak nie można z jakimś doskwierającym gównem wytrzymać trzeba go obśmiać, rzecz zdumiewająca, śmiech pomaga.
          Można przyjąć tezę, że do wojska Zygmunt trafia prosto z barki. Powołanie przychodzi, gdy w najlepsze pracuje u Ojca, już na nie swoim, bo upaństwowionym. Swoje to było, ale to było kiedyś, bo teraz już nie. Dzisiaj to własność ludu. Wyzwoleńcza Armia Czerwona wyzwalała polski naród z czego tylko się dało. Najczęściej wyzwalano od zegarków i rowerów. Czerwonoarmiejcy chętnie też wyzwalali polskie kobiety z cnoty, trzeba było żony i córki przed wyzwoleniem ukrywać. Niestety majątku się nie dało tak łatwo ukryć. Na polecenie rosyjskiego okupanta, ale już prawie polskimi rękoma, bo przecież nie wszystkie były polskie, sporo urzędników było rosyjskojęzycznych, odbierano na mocy dekretów, kamienicznikom ich kamienice, młynarzom ich młyny, fabrykantom fabryki, barkarzom odebrano barki. Stosowano pokrętną zasadę, że pozbawiony majątku najczęściej majątkiem owym zarządzał. I tak były właściciel młyna zostawał kierownikiem tegoż. Właściciel barki zostawał jej kapitanem. Fabrykantów i kamieniczników, jeżeli w porę nie uciekli traktowano znacznie gorzej. Nie odnotowano ani jednego przypadku by fabrykant został dyrektorem fabryki czy kamienicznik prezesem spółdzielni mieszkaniowej. Pozornie niewiele się zmieniało, nadal byli u siebie, ale już na pensji, już bez zamartwiania się o to skąd wyszarpnąć towar. Jak zdobyć kontrakt na kolejny ładunek do przewiezienia. Od tych zmartwień był socjalistyczny urzędnik. To, że ten dobrobyt jest pozorny przekonają się dopiero po wielu latach, przede wszystkim ich dzieci, które inaczej jak oni, nie odziedziczą po rodzicach niczego. Już po zakończeniu sowieckiej okupacji będą się ubiegać o zwrot majątku, to niestety bez koneksji i dużej kasy na łapówki będzie procederem o tyle żmudnym, co zupełnie bezskutecznym.
          Zygmunt trafia do wojska wprost z barki. Wojsko zaprosiło go na randkę do WKR w Gdańsku. Wojskowa Komenda Rejonowa w Gdańsku, nie było takiej opcji by zdążyć. Tak się składało, że akurat płynęli barką do Gdańska, ale by zdążyć konkretnie na wyznaczony przez armię dzień nie było nawet mowy. Holownik zawraca w Grudziądzu, wysadzają Zygmunta, wysiada z łódki na brzeg. Na brzegu ojciec z synem wpadają sobie smutno w ramiona to na pożegnanie. Pociągiem Zygmunt uda się z Grudziądza do Kwidzyna do swej siostry Marysi, by nazajutrz z Kwidzyna ruszyć do Gdańska. Z tego prastarego nadmorskiego grodu dotrze według wskazań karty mobilizacyjnej do Piątego Kołobrzeskiego Pułku Piechoty w Szczecinie. Szkolenie unitarne chociaż dłużyło się niemiłosiernie i przeważnie ziało głodem to przecież jak wszystko co określone jest granicami nieśmiertelnego czasu dobiegło końca. Żołnierze zostali rozdysponowani do jednostek liniowych. Zygmunt trafia do 12 Dywizji Zmechanizowanej, którą dowodzi wówczas Generał Wojciech Jaruzelski, przejdzie on do historii jako generał, który wypowiedział własnemu narodowi wojnę, wyprowadzając czołgi przeciw ludności cywilnej, zginą ludzie. Generał jeszcze zdąży oddać władzę, zostanie prezydentem i umrze w stanie wolnym w wieku wskazującym na zaawansowaną sędziwość, oprawca nigdy nie posmakuje losu swoich ofiar.
          Zmotoryzowana bateria przeciwlotnicza 45 milimetrów, to właśnie tutaj trafia młody Zygmunt Tuszyński tuż po szkoleniu unitarnym kołobrzeskiego pułku w Szczecinie. Praktycznie natychmiast jednostka Zygmunta wysłana zostaje na poligon. Na ciemnym niebie rozbłysła czerwona rakieta, ta jeszcze przed chwilą własność Ludowego Wojska Polskiego właśnie ulegała anihilacji, przed ostatecznym zgaśnięciem, rozświetlając noc na czerwono dokonywała swego żywota. To był znak, sygnał dla wydzielonej grupy dywersyjnej, miała ona za zadanie spowolnić przeciwnika, który w sile batalionu rozpoczynał atak. Po obrzuceniu granatami wroga, zespół dywersyjny miał rozkaz się wycofać do swoich, tak gdzieś około dwustu metrów plus to co uciekająca bateria zdąży przemierzyć, bo przecież wraz z rozświetleniem rakiety miała być już w ruchu. Błysnęło, wokół rozlała się przeraźliwie jasna jasność, grzmot dotarł do niego milisekundę później. Tak to już zostało ustalone, że światło przeważnie jest szybsze od dźwięku, chociaż odnotowano wyjątki, to wtedy, gdy na śpiącego wali się sufit, najpierw słychać tumult potem świat rozbłyska feerią fajerwerków z przeróżnych gwiazd jakimi na ogół wypełniony jest nocny nieboskłon. Jeżeli śpiący przeżyje, pozostaje ślad w postaci olbrzymiego guza zwanego potocznie śliwą, gulą, bulwą lub jeśli jest mały, zgrubieniem. Tym razem wszystko odbyło się zgodnie z regułami praw rządzących się tym światem. Najpierw oślepiający błysk, milisekundę później bezlitosny dla uszu huk. Jeszcze nie wiedział dobrze co się stało, właściwie nic nie wiedział, mało co widział i z całą pewnością nic nie słyszał za wyjątkiem wściekłego szumu w uszach. Pierwsze przyszły obrazy, biegnący ku niemu ludzie, tylko dlaczego mundurowi. Krzyczą, gestykulują, pokazują go palcami. Stoi, jak gdyby nic, pierwszego rozpoznał dowódcę, jasne, przecież jest w armii, na poligonie, tylko o co ten cały zgiełk. Okazało się, że rejwach powstał z powodu zbyt krótkiego lontu, a właściwie jego braku, petarda ćwiczebna, którą odpalił i miał rzucić Zygmunt miała skrócony lont lub nie miała go wcale, teraz to już pozostaje w sferze sporów ekspertów od historii, czyli czasu zaprzeszłego, sam Zygmunt nie pamięta tego zbyt dokładnie czy po odpaleniu petardy lont tam był czy nie. Kombinacja w normalnych strukturach społecznych nazywana zwyczajnie kradzieżą czy dla odmiany złodziejstwem była w socjalistycznej Polsce, a właściwie to we wszystkich krajach tak zwanej demokracji ludowej na porządku dziennym. Okazało się, że w ramach tejże kombinacji pozbawiono wszystkie petardy znacznej długości czynnika opóźniającego wybuch. Lont przehandlowano z pewnością za alkohol. Czas na bezpieczne odrzucenie petardy skrócono z trzech koma cztery czy z czterech koma trzy – dokładny czas również przepadł w mrokach niepamięci – do ułamka sekundy. Wystraszony, a może posłuszny lub świadomy – gdyby był świadomy z pewnością by tego nie uczynił – pociera draskę i stara się wykonać rozkaz. Nie miał najmniejszej szansy by wypełnić bezpiecznie to zadanie. Wracał słuch, osłupiały wybałuszał oczy na dyndający kciuk prawej dłoni. Zwisał w dół, bo trudno przecież by do góry, na skrawku skóry, amputacja prawie doskonała. Zdumienie go ogarnęło i zdawało się takie wszechpotężne nie miało sobie równych z poprzednimi zdumieniami w jego nie za długim przecież życiu, to było paskudne i nie miało końca. Jego dłoń! Krew! Kciuk, dłoń, dlaczego nie boli? Chwycił drugą, zdrową i przycisnął kalectwo do piersi, nie chciał stracić ręki.
Oparł się o drzewo, które było na miejscu, na szczęście, omdlał.

fot. 21. Feliks Tuszyński z Zygmuntem w jednym z ogrodów bydgoskich.

Trzymał mocno i pewnie w swej wielkiej pachnącej bezpieczeństwem i ciepłem, przyjaznej, ojcowskiej dłoni jego rączkę, tą prawą. Feliks w meloniku na głowie, garniturze, zegarek na łańcuszku wpuszczony w kieszonkę kamizelki. Lekko się uśmiecha, widać, że jest zima, wokół śnieg, nawet na czubkach jego butów. Jest lekko ubrany, zbyt lekko jak na tę porę roku, zapewne zdjął palto, płaszcz specjalnie do fotografii. Nie widać jednak by dokuczał mu chłód. Ojcowska opiekuńczość, dzisiaj powiedzielibyśmy, że tacierzyństwo, chroni Zygmunta, widać to wyraźnie, chłopczyk ubrany jest stosownie do otaczającej ich aury w ciepłej czapeczce i rękawiczkach, niepewnie rozgląda się, nieco ucieka wzrokiem od oka aparatu. Łańcuch, który oddziela tę dwupokoleniową parę od fotografa jest jak symbol, granica dwóch światów, tego ich, ojca z synem i tego technicznego, dla Zygmunta najwyraźniej obcego. Ciepło dłoni taty i jego kilka razy potężniejsza od chłopczyka sylwetka działają na układ nerwowy malca niezwykle kojąco. Spacerują po ogrodach bydgoskich, nie wiadomo kto jest fotografem, może był wcześniej umówiony. Pewnie za plecami fotografa stoi ich barka, przytulny dom. Może o tym świadczyć lekkie ubranie Feliksa, zupełnie nie na tę porę. A może to fotograf trzyma płaszcz, zdjęty specjalnie na czas zdejmowania kadru, fotografii, która poniesie tę sytuację w przyszłość, przedstawi ją potomnym, a może okrycie nie było zbyt fotogeniczne, taki za bardzo zwyczajne by właściciel chciał je uwiecznić na zawsze, zamknąć w prostokątnej powierzchni pokrytej światłoczułą warstwą chlorków lub bromków srebra zanurzonych w żelatynie. Po obróbce w ciemni prawie płaski przedmiot stanie się odbitką fotograficzną. Okolica wydaje się raczej surowa, nie widać żadnych zabudowań. Wokół śnieg, a za męską dwójką w oddali, nieco pod górkę żyje las. Jest zimno, pewnie na Feliksa, możliwe, że i na fotografa również czeka ciepła kawa, może coś więcej, na Zygusia z pewnością herbatka i jakieś łakocie, bo przecież nie wyglądają jakby byli już po.
          Teraz też była zima, luty, mrozy w pełni, ale tu nie czuł się bezpiecznie, prawie urwany kciuk, ociekający obficie krwią, zwisający na kawałku skóry z wywalonym na wierzch mięsem, jakoś nie sprzyjał by poczuć się pewnie jak wtedy na zimowym spacerze z Ojcem. Przewrócił oczami i przestał czuć. Drogi nie pamięta, wie, że wozili go na sposób socjalistyczny, czyli bez żadnego ładu i składu. Najpierw idiota lekarz wiezie go do dowódcy pułku, wlecze ze sobą rannego Zygmunta na drugie piętro.
– ty baranie! Ty bydlaku pierdolony! Półtrupa mi do gabinetu wleczesz!?Natychmiast do szpitala, won!!! -reakcja dowódca była szybka, konkretna i oczywista.
W szpitalu, wojskowym, – bo jakżeby cywilnym, taka plama, nie było mowy by mogła się o tym dowiedzieć cywilna gawiedź – przeważała opinia, że palec urżnąć potrzeba a może i całą dłoń. Miał dużo szczęścia, przypadek sprawił, że jedyny trzeźwy chirurg jeszcze nie wyszedł ze szpitala. Ordynator, ów lekarz piastował właśnie taką funkcję, przebrany do wyjścia, ale zaciekawiony nagłym tumultem sprawdził cóż to się tam działo. Był nie tylko trzeźwy, również był lekarzem, chirurgiem z prawdziwego zdarzenia, dobrze znał swój fach. Zwyzywał kolegów po skalpelu, podważył ich wysoce nietrzeźwą przecież diagnozę i stwierdził, że szkoda ręki, szkoda chłopaka. Młody człowiek jak posłyszał, że mu dłoń utną wykrzyczał wprost w pijane gęby:
– chcę żyć, chcę pracować, zostawcie mi rękę! –
– spokojnie chłopcze nikt ci niczego nie utnie -odezwał się ordynator
– ręka jest zapaskudzona prochem, nie mogę dać znieczulenia, wytrzymasz na żywca? – spytał rannego
– wszystko wytrzymam tylko nie amputację, proszę –
– wypierdalać! – to do kolegów rzeźników z sali operacyjnej. Ordynator narzucił fartuch i zabrał się za czyszczenie rany by chwilę po tym zacząć szyć, czas już był – kurwa! – najwyższy po temu.
          Po operacji Zygmunt wylądował na sali oficerskiej, los spłatał takiego figla zapełniając do ostatniego łóżka sale żołnierskie. Tutaj czekały go same wygody, lepsze żarcie, wiadomo, komuniści swoich karmili bardzo dobrze, na samej sali mało łóżek, niewielu pacjentów, dbano również o spokój i wypoczynek. Na salach żołnierskich panował niemiłosierny ścisk. Zawodowi mieli do dyspozycji prawie nieograniczony nadmetraż. Sielanka nie mogła trwać długo, miejsce w kołchozowej sali się w końcu znalazło. Przyszli po Zygmunta i stała się rzecz przedziwna, trzej wysokiej rangi oficerowie w tym jeden najwyższej bo generalskiej stanęli za chłopcem murem i nie pozwolili go zabrać ze swojej sali. To nie był akt podyktowany jakąś nieuzasadnioną dawką socjalistycznego humanizmu, co to to nie. Powód był prozaiczny by nie określić, że zwyczajny. Okazało się, że panowie oficerowie uwielbiali grę karcianą zwaną potocznie Baśką, ale potrafiących grać było trzech, czyli jak to ma miejsce w brydżu o jednego za mało. Gdy Zygmunt doszedł do siebie ujawnił, że posiada tak pożądane przez zwierzchność Ludowego Wojska Polskiego zdolności, że umie grać we wspomnianą przed chwilą Baśkę. W związku z tym, nawet ordynator nie był w stanie przenieść Zygmunta do sali żołnierskiej. Te wykwintne jedzenie, książęce warunki, brak obowiązków w postaci sprzątania sali, żołnierze służby zasadniczej mimo chorób sami musieli sprzątać swoje sale, sale oficerskie posiadały przydzieloną na tę okoliczność służbę. To był piękny trzytygodniowy bonus jaki spadł na Zygmunta. Wystarczyło tylko, że z panami oficerami grał i nawet ich ogrywał, drobne z wygranej zawsze się przydały, na fajki czy na napoje gazowane, szczególnie te słodkie. W szpitalu wydarzyło się jeszcze coś, co mogło nieść ze sobą skutki absolutnie nieodwracalne. Otóż tuż po operacji zaordynowano Zygmuntowi podawanie zastrzyków, podobno przeróżnych rodzajów, to co sprawdzone to, że podawano je w odstępie dwu godzin od ostatniego. Iniekcji było wiele. Po nie wiadomo jak liczyć, którejś tam Zygmunt spuchł, bardzo, zorientował się, że jego ciało staje się coraz to tłustsze, palce, ręce, szyja, wargi, była noc. Próbował krzyczeć, puchlina nie pozwoliła mu na wydanie z siebie głosu. Jeden z oficerów, który cierpiał na całe szczęście dla Zygmunta na prostatę, wstał siusiu. Włączył światło i ujrzał szamocącego się daremnie żołnierza. Rozdarł się, zrobił rejwach na cały oddział. Podano Zygmuntowi antidotum, pomogło, chłopak schudł tak szybko jak przedtem utył. Dochodząc do siebie w swoim oficerskim łóżku słyszał, jak lekarz wyzywa pielęgniarę od głupich cip.
          Do teraz Zygmunt ma prawą dłoń w całości, a kciuk chociaż nie w pełni sprawny jak ten z lewej, służy mu całkiem dobrze.
          Wojsko się dla Zygmunta skończyło, chociaż nie tak od razu, jeszcze tylko długi, bo trzytygodniowy pobyt w szpitalu, to na sali oficerskiej z lepszym, bo takim jak kadra jedzeniem. Panom oficerom potrzebny był czwarty do “Baśki”. Kolejne trzy tygodnie na izbie chorych, jeszcze strzelanie, kolejny poligon. W wojsku, a zwłaszcza w ludowym, socjalistycznym nigdy nie podejmowano pochopnych decyzji, zwłaszcza gdy mogły posłużyć na szkodę armii. Nie dało się jednak dłużej zwlekać i po pięciu miesiącach od zdarzenia nadeszła wolność. Wypuszczono, chociaż niechętnie, ale jednak Zygmunta do cywila.


Komentarze |0|


* ksywa (wymagana)
@ * email (wymagany)

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.


*) Wymagane pola są oznaczone gwiazdką
**) Możesz użyć niektórych