“Ludzie z wody” cz.6


Bombardowanie Berlina.

          Hermann Meyer był wściekły. Miotał swoim tłustym ciałem na wszystkie strony z zaskakującą jak na takiego wieprza energią,
– Jak to! – wrzeszczał,
– Nie wierzę! Zrównam z ziemią ten ich pieprzony Londyn – purpurowy na twarzy, pełen wściekłości wyrzucał z siebie najobrzydliwsze, jakie zna język Goethego przekleństwa. Ślińska piana zebrała się na kapanie z jego ust i to w dużych ilościach, wprost na jego jeszcze przed chwilą nieskazitelnie biały, bo marszałkowski mundur i częściowo odśliniając się od mundurka wydzielina jednego z najważniejszych, nieomylnych przywódców Trzeciej Rzeszy, posła do Reichstagu, premiera Prus, spadała na podłogę.
Hermann Meyer doskonale pamiętał co jeszcze nie tak dawno obiecywał narodowi, teraz zdał sobie sprawę z tego, że po prostu wierutnie łgał.
“Jeżeli chociaż jedna bomba spadnie na Berlin, możecie mnie nazywać Meyerem.” Hermann Göring 1940.
          Zawiodły, nigdy nie należy do końca wierzyć jakimś tam automatom czy innym przyrządom. W nocy z dwudziestego czwartego na dwudziestego piątego czerwca, pech chciał, że akurat wtedy przyrządy nawigacyjne wprowadzają w błąd niemieckiego pilota. Wyprowadzony na manowce myli się i zrzuca bomby na East End, londyńską dzielnicę mieszkalną.
Prime minister Winston Leonard Spencer Churchill, wybitny mówca, piewca, malarz, noblista to później, bo jeszcze nie, i pisarz, w przerwach między jedną a drugą szklaneczką ulubionego czerwonego Johnnie Walkera znajdował czas na politykę i aktualnie przewodził Zjednoczonemu Królestwu w charakterze premiera. Nakazuje nalot odwetowy.

fot. 17. Zygmunt Tuszyński nad rzeką Szprewą, Berlin 20.08.2013.

Już następnej nocy z dwudziestego piątego na dwudziestego szóstego czerwca giną od bomb pierwsi niemieccy cywile a Hermann zwany Göringiem od tej pory w kręgach mu uszczypliwych będzie przezywany Hermanem Meyerem. Wszystko to dzieje się w roku tysiąc dziewięćset czterdziestym. Rozpoczyna się powietrzna wojna totalna, teraz ginąć będą wszyscy i wszędzie.
          Nie było zgody. Starły się dwie koncepcje. Brytyjczycy twierdzili, że współczesne wymogi wojny totalnej są tak niejasne a skuteczność podjętych działań bywa zazwyczaj na tyle marna, że biorąc pod uwagę minimalizację strat własnych wśród załóg bombowców, postanawiają latać nocą. Odtąd będą tłuc bombami, gdzie popadnie ze szczególnym uwzględnieniem niszczenia obiektów cywilnych. Bo jakie inne obiekty można zniszczyć, gdy urządzenia pokładowe są we wstępnej fazie rozwoju, a bomby i owszem, rozrywają się z siłą odpowiednią. Nie będzie to miało dla brytyjskiego sztabu znaczenia czy nie trafią w cel za dnia, czy nie trafią nocą. Natomiast straty własne ograniczą do minimum mordując w czasie, który zawiera się w już po zmroku, a przed świtem. Amerykanie zupełnie niedawno wymyślili urządzenia do zabijania precyzyjnego. W opozycji do Brytyjczyków twierdzą, że lepiej nieść śmierć i zniszczenia za dnia. Tak się będą przekomarzać aż na pewnym raucie w Casablance tysiąc dziewięćset czterdziestego trzeciego wypracują wspólne stanowisko i połączą dwie strategie w jedną. Otóż będą bombardować nieustająco, amerykanie w dzień, a Brytyjczycy nocą. Podobno podczas ustalania morderczych strategii podawano homara w maśle czosnkowo limonkowym z odrobiną natki pietruszki, nie wiem, czy to czyni jakąś różnicę dla ofiar nalotów.
          Wystawali na rogu dzisiejszej Marshallbrücke i Reichstagufer, spoglądali wprost na Bahnhof Berlin Friedrichstraße, stali na moście, po prawej rozpoczynała się Wilhelmstaße. Całkiem niedaleko w głąb Reichstagufer jakieś dwadzieścia może trzydzieści pięć metrów, tuż za siedzibą największego publicznego nadawcy radiowo telewizyjnego ARD stoją dzisiaj parasole. Miejsce wytchnienie dla zmęczonego przechodnia, może być też głodny i spragniony. Parasole należą do Bar-Restaurant DieEinz, restauracja przechwala się na czarnej tablicy, czyni to białą kredą – zapewne ręką jakiegoś z całą pewnością migranta o innym niż biały kolor skóry. To taki współczesny rechot historii do nazistowskiej teologii o aryjskości i tego całego bełkotu o wyższości rasy panów – że podaje Frühstück bis 24 Uhr, śniadanie do dwudziestej czwartej. Niemcy to dzisiaj multikulturowy kraj i nic nikomu do tego, kto o jakiej porze jada swoje śniadanie i tak jest dobrze. Restauracja po prawej, przez ulicę do rzeki parasole, to jak spojrzymy w kierunku dworca Friedrichstraße, bo w przeciwnym kierunku to już odwrotnie. Gdy słońce dokucza cień parasola i chłód od przepływającej obok Szprewy dają wyczekiwane ukojenie. Do tego śniadanie, chociaż po szesnastej to już raczej kawa i lody. Jakoś specjalnie drogo nie jest, wystarczy mieć kilkadziesiąt zbędnych ojro w kieszeni, czy może wygodniej na karcie kredytowej i można siadać. Dzisiaj cywilizacja stoi tutaj na wysokim poziomie, można zatem zaufać, że przed podaniem do stolika nie pluje się tu do kawy. Jak ktoś strachliwy polecam wodę, koniecznie niegazowana, w niej i przez nią widać wszystko i nie da się niczego z wodą naprędce przemieszać. To dzisiaj na początku dwudziestego pierwszego wieku. Wtedy inaczej.
          Był rok czterdziesty czwarty, nazistowski potwór ledwo dyszy, chociaż jeszcze daje radę. Alianckie bombardowania to już codzienność i chociaż wola narodu już raczej złamana, a może tylko przetrącona, to jednak nie osłabia to zdolności niemieckiego przemysłu wojennego. By wygrać wojnę trzeba będzie zajmować terytorium, wysłać wojska lądowe, strat nie da się uniknąć. Niemniej jednak bomby nieubłaganie spadają, ludzie giną. Syreny wyją od dłuższego czasu, niczym trąby jerychońskie zapowiadają upadek miasta, same niewinne, przecież tylko ostrzegają. Nie są lubiane, trzeba natychmiast przerwać codzienne czynności, porzucić pracę, przerwać obiad, drzemkę czy co tam kto jeszcze innego czyni. To czas schronów przeciw bombowych, na początku starannie wyznaczonych w co przestronniejszych piwnicach z obiecującym, bo grubym przecież stropem. W miarę postępujących zniszczeń, upadku miasta miejsc bardzo bezpiecznych ubywa. Z czasem na schron nadaje się każda piwnica, chociaż nadal dobiera się pod okiem specjalisty te lepsze z szansą na przeżycie. Ten Berlin, to miejsce zupełnie niepodobne do tego z dwudziestego pierwszego wieku. Co krok dziura, jeszcze dymiąca, zazwyczaj nieodgruzowana, mimo starań służb i straży pożarnej nie wszystkie pożary udaje się ugasić, nie wszystkie zawały odgruzować. Zbyt dużo tego, a naloty przecież nie ustają. Syreny przerywają swe wycie tylko na moment, by nabrać tchu w płuca i drzeć się natychmiast raz kolejny wieszcząc, że nadchodzi śmierć i zgliszcza. To nie prawda, że do nalotów można się przyzwyczaić, taki udawany stan obojętności i pozornego spokoju to tylko do pierwszego wybuchu w pobliżu, w namacalnie odczuwalnym sąsiedztwie, po tym to już, bieg, panika, ucieczka do schronu z zawsze na ten moment poprawioną wydolnością organizmu. Adrenalina czyni cuda, każdy przecież chce żyć. Wojna totalna to wojna na wyniszczenie, w militarnym bełkocie mówi się o niszczeniu siły żywej, zasobów przeciwnika. Nikt z władających się nie zająknie, że zabija, Kazika, Hansa, Józefa, Kazię, Marysię, Gretę. Nie ma takiego polityka, któremu przejdzie publicznie przez gardło, że zasoby to kobiety i dzieci. Tak pozostanie do dziś, ludzkość nie uczy się na własnych błędach i nic nie wskazuje na to, że kiedykolwiek zacznie. W każdym czasie znajdzie się kilku zadziornych kogucików gotowych przerodzić się w bestie by skacząc sobie do gardeł z bezpiecznej dla nich odległości przywieść miliony niezainteresowanych do upadku.
To był ich czas, czas wolny od popychania, warczenia, nienawistnych spojrzeń, pomrukiwania w ich kierunku czy pogardliwego spluwania pod nogi. Oni mieli w tym momencie wolne od tego wszystkiego. Stali dumnie wyprostowani i mimo pewnego lęku, strachu przed ostatecznym, nawet nikły uśmiech błąkał się po ich zmęczonych twarzach. Na ubraniach przyszyte romby z literą P, symbol niewolnika Polaka. Jeszcze nigdy nie byli tak dumni z tej litery, z tego niewolniczego znakowania. Byli Polakami, bestialsko wyrwanymi ze swego życia w ojczyźnie, siłą wywiezieni na roboty do Niemiec, niechętnie służyli swoim nowym panom, kiedyś wolni i dumni, ale to przed wojną, bo przecież nie teraz w niewoli z przetrąconym karkiem. Doczekali się jednak takich dni, kiedy czuli się wolni i na powrót dumni, przynajmniej w takich chwilach jak ta, kiedy Niemcy zajęci byli sobą. Naloty dywanowe, nazwa o tyle niewinna co myląca, nie chodzi tu przecież o spotkanie grupy przyjaciół w celach rozrywkowych w salonie, gdzie leży przepiękny rozłożysty ubarwiony przepyszną mozaiką perski dywan. Nazwę zaczerpnięto od wyglądu formacji samolotów bombowych lecących blisko siebie na określonej wysokości. Tak lecące maszyny tworzą śmiertelną powierzchnię, od ilości samolotów w formacji zależało jak wielką, czasami były to olbrzymie płachty bombardujące przypominające w stworzonej figurze z wyglądu dywan. Wyposażano je w bomby burzące i jeszcze straszniejsze bomby zapalające, z tymi zabawkami możnych tego świata żartów naprawdę nie było, tylko śmierć i zgliszcza.

fot. 18. Zygmunt Tuszyński w Berlinie nad rzeką Szprewą. 20.08.2013.

Dwaj przymusowi robotnicy polscy obserwujący jedno z takich dywanowych przedsięwzięć Aliantów odczuwali niekłamaną przyjemność, fakt, że podszytą strachem o własne życie, ale widok biegających w panice we wszystkich kierunkach Niemców wynagradzał w trójnasób ponoszone ryzyko. Wyły syreny, ich przeraźliwy dźwięk sam w sobie potrafił wzbudzić popłoch, bo przecież był swoistym zwiastunem śmierci. Oczywiście nie byli chętni do ponoszenia zbędnego ryzyka, ale życie niewolnika w kraju rasy Panów było i tak nic nie warte. Zginąć mogli w każdej chwili. Pozornie przydatni, bo przecież pracowali, praktycznie jako podludzie w stałym zagrożeniu. Nie robiło im różnicy czy zginą od niemieckiej kuli czy od alianckiej bomby. Chociaż to nie prawda, od amerykańskiej bomby, wiedzieli, że amerykanie bombardują za dnia, zginąć może i było warto. Warto było lec za ten spektakl, który przed ich oczyma wyreżyserowywał wrogi Niemcom przemysł zbrojeniowy. Niemcy biegali w te i we wte, starali się ujść przeznaczeniu, zdążali w pośpiechu wprost do wyznaczonych schronów. Bardzo szybko przemknął przed nimi jakiś niewysoki rozwrzeszczany wniebogłosy chłopiec, czerwony z wysiłku, widocznie biegł już przez dłuższą chwilę, cały zapłakany wyrzucał z siebie jakieś nerwowo rwane wyrazy, zupełnie nie mogli go zrozumieć. Parę metrów za nim czarnowłosa, schludnie przystrzyżona dziewczynka i dwoje dorosłych kobieta i mężczyzna. Robotnicy nie mogli sobie odmówić tej krzty przyjemności jaką podsuwała na tacy wydarzająca się sytuacja.
– Spójrz no Józiu jak to spłoszone niemiaszki uciekają –
– No, dobrze tak szwabom, za naszą krzywdę, bardzo dobrze –
Przebiegający mężczyzna zatrzymał się. Polacy zdrętwieli, Niemiec przed chwilą był na tyle blisko, że z pewnością słyszał ich rozmowę. Słyszał, ale czy rozumiał? Zbliżył się nieco i ku ich kompletnemu osłupieniu odezwał się do nich czystą polszczyzną
– takie same z nas szwaby drodzy panowie jak i wy, jesteśmy Polakami – nawet nie był mocno zdenerwowany. Może trochę, ale niespecjalnie i nie na tych dwóch przymusowych robotników. Obrócił się na pięcie i pobiegł za swoimi, którzy dobiegali do przycumowanej na Szprewie barki, ich własnej barki, by skryć się w jej dobrze im znanym swojskim wnętrzu, pierwszy chłopiec, chwilę później dziewczynka, zaraz za nią kobieta i chwilę po nich domniemany Niemiec, który się okazał być jak oni Polakiem. Przymusowi już nic więcej nie mówili, stali z rozdziawionymi o tyle z niedowierzania co bardziej z niezrozumienia zdumionymi gębami.
          Tłok panował w piwnicy niemiłosierny, gwar przeradzał się w krzyk, ktoś kogoś szukał inny nie znalazł. Dzieci płakały, kobiety modliły się zbyt głośno. Ścisk i tłok, dużo, bo o wiele więcej niż mogła pomieścić piwnica ludzi znalazło się w tym obiecująco, bo z grubymi stropami bezpiecznym miejscu. Kroniki odnotują, że było ich stu czterdziestu. Ktoś nerwowo zapalił papierosa inny natychmiast zakaszlał, rozległy się pohukiwania, że przecież nie sam, są inni, powietrza i tak brakuje, poduszą się przecież, a co jak każdy by sobie zapalił, no kurwa mać, co to nie rozumie po ludzku, ma zgasić,
– bo w mordę zaraz dostaniesz! – zagroził wysoki grubas z wykrzywioną w zazdrości gębą, akurat jemu właśnie musiały się skończyć papierosy, nie miał nic a tak chętnie by się sztachnął uspokajająco smacznym dymkiem. Siła złego na jednego, palacz niechętnie mrucząc jakieś niezrozumiałe dla innych słowa, pewnie przekleństwa zdeptał trzy czwarte jeszcze nie spalonego papierosa. – bogacz pieprzony – pomyślał wysoki grubas.
Schron przeciwlotniczy, Luftschutzraum z zewnątrz był oznaczony skrótem literowym LSR, pod koniec wojny, gdy morale ludności cywilnej spadło na tyle, że poczęto sobie z sytuacji dworować. Skrót LSR tłumaczono jako ucz się szybko ruskiego “lern schnell russich”.
          Siedzieli wszyscy w tej piwnicy, chociaż całkiem niedaleko był schron z prawdziwego zdarzenia. Schron kolejowy przy Friedrichstraße, duży naziemny z żelbetonu. Wybudowany został w tysiąc dziewięćset czterdziestym drugim, gdy przekonano się, że bomby będą spadały na Berlin mimo butnych zapewnień Meyera vel Göringa. Schron był duży, zbudowany pod czujnym okiem mistrza nazistowskiej sztuki architektury Alberta Speera w ramach tak zwanych “Działań natychmiastowych” Führera. Działania te miały uchronić ludność cywilną, a przecież wystarczyło po prostu nie wszczynać wojny. Przewidywano, że pomieści się w nim tysiąc pięćset osób, pasażerów kolei, gości pobliskiego Teatru Niemieckiego i ludzi z okolicznych domostw. Nie przewidziano natomiast, że w tak dużym skupisku ludzkim jakim była wtedy i jest do dziś stolica Niemiec, specjalistycznych schronów dla wszystkich nie wystarczy i rzeczywiście było ich stanowczo za mało. Zazwyczaj pojemność każdego schronu przekraczana bywała trzykrotnie. W związku z tym do schronienia przed nalotami wykorzystywano również piwnice wyposażone w solidnej grubości stropy i mury.
          Bóg mu świadkiem, Feliks naprawdę nie chciał tego frachtu, było zlecenie na rejs do Berlina. Czasy, gdy mógł wybierać czy popłynie i za ile, minęły wraz z pierwszymi strzałami pancernika Schleswig-Holstein na Westerplatte, z pierwszymi bombami, które zrzuciło na Wieluń dwadzieścia dziewięć niemieckich sztukasów z Nieder-Ellguth, ci byli szybsi od pancernika o pięć minut. Czasy minęły, gdy wybuchła i została przegrana kampania wrześniowa trzydziestego dziewiątego. Od tej pory niemiecka jurysdykcja na terenach polskich stała się faktem. Faktem stała się również jurysdykcja sowiecka. To na terenach wschodnich kraju, ale tam nigdy nie pływał, nie jego bajka. Niemiec zlecenie przydzielił i rozkazał niezwłocznie wykonać. Niemcy barki nie zabrali, nie znacjonalizowali, nakazali tylko dla siebie pracować. Barkę zabiorą dopiero sowieci, upaństwowią ją polskimi, podległymi od nich łapskami Bolesława Bieruta agenta sowieckiej bezpieki. To później, po wojnie, Rosjanie barkę upaństwowią i też każą dla siebie pracować, na nie swojej, bo państwowej już przecież, własnej barce. Teraz jednak zmuszony jest zawieźć towar do Berlina i nie ma na to żadnej rady. Dobrze wie, że tam bomby lecą na łeb często i skutecznie. Propaganda stara się, ale ludzie swoje wiedzą, poczta pantoflowa to najbardziej rozwinięta sieć medialna w ówczesnym świecie. Chociaż wiadomości przekazywane sobie z ust do ust – gadzinówkom, tak nazywano prasę wypuszczaną przez okupanta, przecież nikt nie wierzył, tak samo radio jak i kroniki filmowe informowały tylko o tym co chciał przekazać okupowanej ludności niejaki pan Joseph Paul Goebbels niemiecki minister propagandy i oświecenia publicznego. – niosły ze sobą wiele plotek, półprawd czy konfabulacji, były również prawdziwe. Niektórym Feliks mógł ufać, zwłaszcza tym przywiezionym przez kolegów z innych barek, którzy całkiem niedawno przypłynęli z Berlina. Opowiadali, że amerykańce, ci w dzień i angole, ci nocą, bombią w dupę Adolfa aż miło. Musiał popłynąć, zabrać ze sobą rodzinę, żonę i dwójkę dzieci, chłopca i dziewczynkę. Na barce był ich dom, nie mógł ich tak po prostu zostawić w jakiejś wsi, nie wiadomo, kiedy by go los rzucił na powrót w te okolice. U zaprzyjaźnionych rodzin na innych barkach też nie. Była wojna i każdy wodniak wraz ze swoją barką mógł źle trafić. Wraz z Franciszką postanowili, że nie będą się rozdzielać, dzieci też płyną z nimi. Zygmunt dosyć dobrze znosił bombardowania, siadywał przy mamie albo w pobliżu ojca, bawiąc się małą barką zabawką wystruganą przez tatę specjalnie dla niego. Pomimo tego, że zdawał sobie sprawę z tego co się wokół dzieje mało go to zajmowało. Nie zgłębiał tematu wszędobylskim dziecięcym podpytywaniem, dlaczego muszą siedzieć w tych zatęchłych, przepełnionych masą ludzką piwnicach? Dzisiaj jednak było inaczej, od samego rana niespokojny, podminowany, naburmuszył się i nie odzywał do nikogo. Franciszka z Feliksem podły humor Zygusia przypisywali brakiem snu, spowodowanym ustawicznymi nalotami i nie przywiązywali zbytniej uwagi do jego humorów. Przeciągle zawyła ostrzegająca syrena.
– znowu – bardziej stwierdził niż się zdziwił Feliks,
– dzieciaki, szybciutko, idziemy do schronu – zarządziła Franciszka.
Niezbyt spiesznie, cała czwórka opuściła barkę i skierowała się do pobliskiego schronu, a właściwie piwnicy. Zygmunt naburmuszył się jeszcze bardziej. Przy drzwiach, a właściwie tym co po nich zostało, zbierało się coraz więcej osób. Większość w pośpiechu, chociaż byli też tacy co w panice, to ci spóźnieni, ustawiali się w ogonku i wchodząc na klatkę schodową udawali się na prawo od stopni wiodących w górę. Zainteresowani byli tylko tymi, które wiodły w dół, do wyznaczonego przez służby porządkowe bezpiecznego schronienia. Na ścianie ktoś białą farbą nabazgrał dużymi drukowanymi literami LSR, obok malunku przymocowano prostokątną tabliczkę, że szaber będzie karany śmiercią. Zygmunt od rana był niespokojny, zaraz po przebudzeniu nawiedziło go coś, czego nawet nie potrafił nazwać. Nie pamiętał co mu się śniło, czuł czyjąś obecność, osoby czy rzeczy nie umiał tego sobie poukładać. Nastrój miał podły, nie miał ochoty ani na jedzenie, ani na zabawę. Mocniej zacisnął w dłoni drewnianą barkę i ruszył niechętnie za rodzicami do schronu. Z każdym krokiem ogarniało coraz silniej uczucie, które uczepiło się go zaraz po przebudzeniu. Mimo obecności rodziców, ukochanych taty i mamy bał się. Coraz większy to był strach. Ogarniał go całego, siedział mu na ramieniu, ściskał w piersi, żołądek przesunął do gardła, Zygmunt się trząsł. Przy samym wejściu chłopiec nie wytrzymał. Wyrwał się z ręki ojca i w płaczu z głośnym krzykiem, po polsku, czym wprawił w zdumienie zdążających do schronu Niemców.

fot. 19. tam stała nasza barka, wspomnienia Zygmunta z przeżytego bombardowania w Berlinie podczas II Wojny Światowej, 19.08.2013.

– Ja nie chcę tu umierać!!! – rzucił się biegiem w drogę powrotną ku ukochanemu domkowi, dobrze mu znanej i w jego mniemaniu bezpiecznej, bezpieczniejszej od wszystkich schronów świata, kochanej barce. Marysia, starsza siostra Zygmunta pobiegła za nim, w pierwszym odruchu, by zabrać braciszka z powrotem do schronu. Ona przecież wiedziała, że schrony są bezpieczniejsze od barki. Po chwili cała rodzina biegła za Zygmuntem po drodze mijając jakiś dwóch jegomości, zapewne robotników przymusowych, zapewne Polaków, na ubraniu mieli naszyte litery “P”.
– Spójrz no Józiu jak to spłoszone niemiaszki uciekają –
– No, dobrze tak szwabom, za naszą krzywdę, bardzo dobrze –
Feliks na chwilę przystanął, nieco zdyszany czystą polszczyzną odezwał się do mężczyzn – takie same z nasz szwaby drodzy panowie jak i wy, jesteśmy Polakami – nie czekając na odpowiedź obrócił się na pięcie i pobiegł za swoimi, po chwili wszyscy już byli na barce.
Przez dłuższy czas słychać było wokół świst i wybuchy amerykańskich, bo za dnia zrzucanych bomb. Po tym jak wszystko wokół ucichło a syreny obwieściły koniec alarmu, wszystko zaczęło powoli wracać do życia, zarówno na barce i w okolicy. I tylko tam, gdzie jeszcze przed chwilą stał dom, w którego piwnicy zaordynowano schron przeciwlotniczy, ziała pusta przestrzeń z usypaną stertą dymiącego jeszcze gruzu. Prawdopodobnie bezpośrednio w dom trafiła dwu tonowa bomba o dużej sile wybuchu, z domu, piwnicy-schronu nic nie zostało, na miejscu zginęło stu czterdziestu ludzi. Barka przetrwała nalot bez najmniejszego uszczerbku.


Komentarze |0|


* ksywa (wymagana)
@ * email (wymagany)

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.


*) Wymagane pola są oznaczone gwiazdką
**) Możesz użyć niektórych