“Nocnik”, odc. “Holoubek”.


Na początku nieśmiało, bardzo niepewnie i rzekłbym, że z pewną dozą zawstydzenia spojrzał na mnie przez okno wstający świt. Za parę chwil rozbłyśnie pełną chwałą i przegoni ze mnie resztki przyjemnego, ciepłego snu. To jeszcze nie teraz, na razie jest bardzo delikatny. Jeszcze się kleją, rozcieram powieki by ogarnąć sytuację i przyjąć jakąś sensowną strategię działania na najbliższe kilka minut. Ziewam, cały czas się kleją, kołdra zsuwa się prawie samodzielnie chociaż bardzo niechętnie pozbywa się miłego, cieplutkiego sennym dotykiem kontaktu z moim ciałem. Siedzę na krawędzi, to wciąż jest moje łóżko, jeszcze trwa złudna szansa na powrót w pielesze. Świt  się ostrzy z każdą sekundą, z mroku niebytu stwarza na powrót ściany, podłogę i sufit, które mógłbym przysiąc jeszcze wczoraj tu były. Meble też stwarza i dywan. Przerywam rozklejanie by leniwie przeciągnąć od lewej do prawej jakbym miał utulić cały świat i połknąć, wciąż ziewam bez litości do zawiasów mojej przepastnej paszczy gębowej, świat miałby szansę na połknięcie, pewnie musiałbym popić by przełknąć, tylko po co? Dalej, to trawienie i przerobiłbym ten świat na to czym właściwe już jest. Daruję sobie, zamykam etap z ziewaniem i jeszcze na moment powracam do rozklejania bo wciąż się kleją. Widać coraz więcej szczegółów. Pokój wąski i długi jak korytarz w pociągu, drzwi do pokoju jeszcze się nie uszczegółowiły. Pora wstawania, na koniec pokoju, przez drzwi, chociaż pewny nie jestem, tam raczej nie ma drzwi, kiedyś były, przysiągłbym, że jeszcze wczoraj, ale dzisiaj już nie. Na koniec pokoju zajechała mała dziewczynka na małym dziewczynkowym rowerku, mały, kierownica, kółko, z tyłu kółka trzy. Dziewczęca twarz nie była dziewczynkowa, tylko stara i pomarszczona, reszta była dziewczynkowa i pasowała do rowerku.
– kim jesteś dziewczynko? –
zero odpowiedzi, zawróciła kręcąc wąskie koło, zniknęła w mrok by po kilku sekundach powrócić na uprzedni sposób, czyli pojawiła się z nicości, która powinna być drzwiami do mojego pokoju.
– kim jesteś dziewczynko? –
reakcja taka sama czyli żadna, zamurowało mnie i sparaliżowało, siedziałem zdumiony i patrzyłem jak dziecko o twarzy staruszki pojawia się i znika kręcąc kolejne kółka w miejscu gdzie powinien znajdować się próg. Miała piękne złociste włosy, długie i swobodne, falowały z każdym kolejnym przejazdem. Spektakl skończył się tak jak się zaczął, za którymś razem dziewczynka nie wyłoniła się z mroku. Czas się zatrzymał czy jak? Mrok nie ustępował przed światłem świtania, a świt na mrok nie następował, zupełnie jakby się zmówili. Wtedy weszła Ona. Wychynęła z mroku zdecydowanym krokiem, piękna, majestatyczna, dorosła ale młoda o ślicznej twarzy kobieta. Wstałem sprężyście, zupełnie jakbym miał dwadzieścia a nie pięćdziesiąt z okładem lat, mój chory kręgosłup najwyraźniej był na powrót zdrowy i pełen młodzieńczej gibkości. Ubrana w czarną w czerwone grochy zwiewną sukienkę. Zręcznie mnie wyminęła, cudem w tak wąskim pokoju nie dotykając mnie nawet rąbkiem, było mi przykro przygotowałem się na dotyk, ba, bardzo na to liczyłem.
– Beata jestem –
Pełnym gracji poruszeniem zaległa na moim łóżku i zniknęła, rozpłynęła się w ostrzący się coraz mocniej świt, jak gdyby jej nigdy nie było. Nawet nie miałem czasu by wniknąć w meandry pokładów mojej pamięci. Nie wiedziałem kim była, jak również nie wiedziałem kim jest, nawet nie próbowałem dociec kim będzie. Zapomniałem rozpoznać jej twarz i już na zawsze pozostanie dla mnie nieznaną Beatą o niecodziennej urodzie, która szybciej zniknęła z mojego życia niż się w nim pojawiła. Szkoda trochę. Życie, a może Baśń nie znosi próżni, jeszcze nie skończyłem się dziwić, jeszcze nie skończyła się nagle na mnie narzucona krepa po dziewczynie z Albatrosa, gdy na scenę, którą nieudolnie próbował udawać mój nędzny pokój wkroczył On. Wyłonił się z mroku nie mroku, świt ostrzył coraz bardziej na cały przybytek, On, jedyny niepowtarzalny, dystyngowany, starszy pan, co najdziwniejsze wiedziałem, że nie żyje. Kroczył powoli majestatycznie z charakterystycznie dumnie podniesioną głową. Omiatał wszystko przenikliwym spojrzeniem, siwe skronie, jak zawsze nienagannie skrojony garnitur, wykrochmalona śnieżnobiała koszula i buty, które biły w każde napotkane oko swoją świeżością i perfekcyjnym wypucybutowaniem. Również On wyminął mnie zręczniej niż Lewy czterech naraz obrońców w polu karnym. Może ułatwiłem ten drybling, teraz nie zależało mi na dotyku, podyktowane to było moją wiedzą, wiadomo mi, że nie żyje. Pełnym dystyngowanej gracji zaległ w moim wystygłym już chyba łóżeczku.
– chcesz ją zostawić czy wymienić – zapytał swą dobrze mi znajomą barwą głosu Gustaw.
– co powinienem zrobić Mistrzu? –
– jeżeli zbyt wiele cię to kosztuje, wiesz tam w środku gdzie dusza i serce, jeżeli zbyt wiele, to ją wymień –
Obudziłem się.


Komentarze |0|


* ksywa (wymagana)
@ * email (wymagany)

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.


*) Wymagane pola są oznaczone gwiazdką
**) Możesz użyć niektórych