“Ludzie z wody” cz.5


Zygmunt Tuszyński

fot. 13. Barka Santa Maria w miejscowości Nakło na Noteci, Santa Maria w 1951r dostaje numer Ż 2036, barka Feliksa.

Zygmunt Tuszyński przychodzi na świat trzydziestego pierwszego stycznia tysiąc dziewięćset trzydziestego trzeciego roku. Dzień wcześniej Adolf Hitler został mianowany na kanclerza Rzeszy niemieckiej. Maleńki Zyguś to drugie dziecko Franciszki i Feliksa Tuszyńskich, siostrzyczka Zygmunta, Maria, pojawia się na świecie sześć lat wcześniej. Dojście Hitlera do władzy, niespokojna Europa, świat na krawędzi katastrofy, to nie były łatwe czasy by się pchać na świat, ale czy kiedykolwiek są jakieś lepsze czy gorsze czasy? Życie trwa, toczy się, życie się pojawia, tak to już jest i nic nie jest w stanie powstrzymać życia przed życiem. To jeszcze czasy, gdy porody nie odbywają się w sterylnych, szpitalnych warunkach. Za mało szpitali w Europie, wszyscy przychodzą na świat w domu, ewentualnie tam gdzie im wypadło na ten świat przyjść. Zygmuntowi wypadło tak, jak to pisane jest u wodniaków, w rodzinach szyperskich dzieci przychodzą na świat na barkach. Zygmunt rodzi się na pierwszej barce Feliksa, drewniana bareczka, warunki może już nie spartańskie, ale przecież też nie luksus klasy super. Jedyna pomoc natury medycznej, która ułatwia to przyjście, to akuszerka od sióstr ze szpitala Świętego Floriana w Bydgoszczy, bo trzeba uściślić, że Zygmunt Tuszyński przychodzi na świat w Bydgoszczy, na drewnianej barce swojego ojca, umiejscowionej na rzece Brda. Poród przebiega dobrze i bez zakłóceń. Zygmunt rozpoczyna swoją drogę na tym łez padole. Dorasta raczej w zdrowiu, problemów specjalnych annały nie odnotują. Hitler coraz bardziej umacnia swą władzę, mały Zygmunt dorasta. Jedne z pierwszych zabaw, które jest w stanie rozeznać pamięcią, to zabawy malutkimi drewnianymi bareczkami stworzonymi wprawną ręką taty. Dorosły Tuszyński steruje prawdziwą barką, wozi ładunki, mały Zyga na dużej barce, wozi wyimaginowane ładunki na swoich barkach, zabawkach. Obaj szyprowie wywiązują się ze swoich zadań nad wyraz dobrze. Maleńki Zyguś musi bawić się na barce taty, o przedszkolach w tamtych czasach jakoś mało kto słyszał. W życiu każdego młodzieńca przychodzi taki czas, że kończy się sielanka i czas zabrać się za prawdzie wyzwania, ot chociażby tak edukacja, czyli szkoła pisząc wprost. Tutaj po raz kolejny losy Zygmunta splotą się z wyczynami niemieckiego kanclerza o austriackich korzeniach. W tysiąc dziewięćset trzydziestym dziewiątym Zygmunt ma sześć lat, to za mało by pójść do szkoły, a przecież Adolf we wrześniu trzydziestego dziewiątego przedłuży polskim dzieciom wakacje aż do odwołania. Zygmunt trafi do szkoły w tysiąc dziewięćset czterdziestym drugim z mocnym wskazaniem na czterdziesty trzeci. To już niestety szkoła niemiecka. Mały Zygmunt pouczy się tam niespełna dwa miesiące, wybawi go od przymusu edukowania się w języku niemieckim choroba. Nic wielkiego, przypadłość prawie każdego dzieciaka, dla wodniaka nomen omen Odra. Zygmunt pochoruje, wyzdrowieje, ale do niemieckiej szkoły już nie trafi, to zresztą i bez wojny byłoby trudne, barka pracuje, wozi towary w różne miejsca w Europie, jednocześnie robi za dom rodzinny Zygmunta, trudno w takim przypadku posłać dzieciaka do jakiejkolwiek szkoły. Edukacją Zygmunta zajmują się jego rodzice, na tyle ile potrafią i mają czasu. Okaże się w czterdziestym piątym, że nie wyszło to najgorzej, Zyga po obowiązkowych egzaminach zostanie przypisany do czwartej klasy, to dobry wynik, dobrze świadczący o Franciszce i Feliksie, zwłaszcza gdy wziąć pod uwagę trudności związane z mobilnością domu rodzinnego i wojną, którą wszczął z całym światem wspominany wcześniej Adolf.

fot. 14. Zygmunt w stoczni Żeglugi Bydgoskiej w Chełmie

Zygmunt uczy się, już pracuje, pomaga na barce ojcu, wykonuje wszelkie prace marynarskie, oczywiście, że steruje barką, to wtedy, gdy płyną, gdy stoją przy kei robi wszystko co potrzeba by barka była stale sprawna do pracy. W tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym pierwszym komuniści upaństwawiają barkę, mówiąc zrozumiałym językiem, kradną majątek Feliksa, czyli barkę, pozbawiają go własności, ale z barki nie usuwają. Feliks staje się kierownikiem jednostki na własnej do niedawna barce. Natomiast Zygmunt przestaje być pomocnikiem ojca a staje się jego pracownikiem. Tak naprawdę rozpoczyna wtedy dorosłe życie. Na początku, firma stworzona przez komunistów, która przejmuje wodny majątek prywatny, nazwana zostaje Żeglugą Śródlądową, później nazwy przybierać będzie różne, Żegluga Warszawska, Bydgoska, Gdańska, będzie dzielona, łączona, czerwoni będą cudować, ale nigdy budżet nie będzie się spinał, tak jak to było w rękach prywatnych. Zygmunt w pięćdziesiątym trzecim trafi do Ludowej Armii Wojska Polskiego, wiernej sojuszniczki Armii Czerwonej kraju rad. Długo tam nie zabawi, nieszczęśliwy wypadek, na szczęście szczęśliwie zakończony uwolni go z łapsk tępych żołdaków. Zygmunt wraca na barkę ojca, kończy kursy uprawniające do samodzielnego dowodzenia barką.

fot. 15. Holownik Nysa sprowadzony z Wrocławia z Odry do Gdańska, holował barki na trasie Gdańsk – Gdynia.

W pięćdziesiątym szóstym trafia jako kapitan na holowniki żeglugi śródlądowej. Holuje barki wszędzie, gdzie tylko zachodzi taka potrzeba.
W tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym siódmym zakłada rodzinę z Walerią Barth, z tego małżeństwa w sześćdziesiątym trzecim przyjdzie na świat starsza córka Zygmunta, Małgosia. Rodzina, małe dziecko, to wszystko przewartościowało oczekiwania Zygmunta co do pracy, nie ma ochoty na dalekie rejsy, chce być z rodziną, pracodawca zdaje się ignorować potrzeby, które zgłasza kapitan Tuszyński. Wynik konfrontacji może być tylko jeden. Zygmunt zwalnia się z Żeglugi Śródlądowej. Zatrudnia się w Gdańskim Porcie. Waleria umiera w sześćdziesiątym czwartym, Zygmunt zostaje z rocznym dzieckiem, żeni się w sześćdziesiątym szóstym z Krystyną Grzenia, z tego małżeństwa rok później przyjdzie na świat jego młodsza córka Terenia.

fot. 16. Walerka i Feliks na barce na rzece Brda w Bydgoszczy

          Trochę długo im schodziło minęło już popołudnie, pora obiadowa. Franciszka zaczęła się niecierpliwić.
– Zyguś, ja tu ciebie na chwilkę zamknę na klucz i pójdę po tatę – odezwała się do niespełna czteroletniego malca.
– to naprawdę długo nie potrwa – uśmiechnęła się do synka, zamknęła drzwi, przekręciła klucz w zamku i w pośpiechu ruszyła przywołać męża na obiad. Para małżonków, pod rękę wraca na barkę, wtedy przycumowaną na Brdzie, jest rok tysiąc dziewięćset trzydziesty siódmy, brat Feliksa dopiero co spłacił pożyczkę, która pozwoliła mu na remont i przebudowanie swojej Vegi.
– Mówiłaś, że zamknęłaś Zygmunta na klucz –
– no tak, zamknęłam –
– to co on łazi po pokładzie? –
Zygmunt spacerował po pokładzie w najlepsze.
– Marysia, chodź tu prędko, bo ja jestem sam – to do siostry, która akurat nadeszła, wieńcząc swą drogę powrotną ze szkoły.
– Jak to jesteś sam? –
– Mama poszła po tatę i jestem sam, chodź tu szybko, bo sam być nie mogę -Zygmuntowi najwyraźniej się nudziło, wylazł szkrab przez drzwi, tak jak się wychodzi z wnętrza szaf na zewnątrz.
          Później Feliks poprawi zamknięcie, nikt by nie pomyślał, że taki malec w prosty sposób sforsuje zaporę. W wyniku tej przygody Feliks zamontuje od zewnątrz sztabę, którą będą zamykali na kłódkę. Dzieciak pozostawiony na chwilę bez opieki mógł sobie zrobić krzywdę, na szczęście wszystko skończyło się dobrze. To nie jedyne ciekawe wydarzenie z małym Zygmuntem w roli głównej.
          Feliks sądził się, a właściwie był ścigany sądownie przez pewnego finansistę pochodzenia żydowskiego za jakieś nieporozumienia jeszcze sprzed wojny. Sprawa była nie tylko sporna, ale i nierozstrzygnięta, co nie przeszkadzało bogatszemu w próbach zajęcia warsztatu pracy Feliksa, czyli barki a co było równoznaczne, również domu. Było już po przegranej kampanii wrześniowej. Polska trafiła pod jurysdykcję niemiecką. Przyszedł na barkę wredny typ. Wachman w drugich butach. – mam tu wyrok, polecenie, zajmuję barkę –
– męża nie ma, proszę przyjść później –
– mąż niepotrzebnym mam wyrok – wachman zabrał się za nakładanie plomb, pierwsza miała wylądować na drzwiczkach, które kiedyś tak sprawnie otworzył mały Zygmunt. – co mi pan tu kukawkę zakładasz? – podniosła głos Franciszka
– tam jest dziecko! –
Wachmanowi dziecko w niczym nie przeszkadzało, może pomyślał, że to blef, zakładał dalej. Zygmunt słyszał, że tam na górze trwa jakaś awantura, chłopak już prawie mężczyzna, bo przecież ukończył sześć lat. Siedział w barce na dole, za zamkniętymi, znanymi już drzwiczkami i bawił się malutkimi barkami wyrzeźbionymi w drewnie przez Ojca, który w tym czasie udał się do miasta w interesach. Wachman burcząc zakładał tak zwaną kukawkę. Zygmunt, który od wewnątrz pchnął z całej siły drzwiczki, wkraczał do akcji na ratunek mamie. Urzędnik pchnięty stracił równowagę, na barce jak to na barce, zabezpieczeń nie było prawie żadnych a burta na rufie bardzo niziutka i chłopina jak stał tak przechyliwszy się do tyłu wypadł za burtę. Wykąpał się cały dokumentnie w kanale na gdańskiej Przeróbce. Urzędnicza powaga odpłynęła wraz z wodą, sprawa była poważna, mimo to trudno było nie wybuchnąć śmiechem. Nie było łatwo rozeźlonemu urzędasowi wytłumaczyć, że to przecież sześcioletnie dziecko i nie da się Zygmunta za ten zamach na funkcjonariusza zamknąć do więzienia. Ojciec od nakazu się wyreklamował, był w posiadaniu pisma znoszącego wyrok, na mocy którego przylazł do nich Niemiec.


Komentarze |0|


* ksywa (wymagana)
@ * email (wymagany)

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.


*) Wymagane pola są oznaczone gwiazdką
**) Możesz użyć niektórych