“Ludzie z wody” cz.4


Podróż do Niemiec zakup barki.

          Przychodzi taki czas w życiu mężczyzny, jeszcze przecież młodzieńca, to już tylko trochę, a już dorosłego, to prawie za chwilę. Nadchodzi, cierpliwie, skrada się, delikatnie na paluszkach by nie spłoszyć ofiary. Zarzuca sieci ostrożnie, wwierca się w mózg, na tyle delikatnie, że nie sposób się spostrzec. Zajmuje pozycje, w swoisty sposób drąży transzeje, zapuszcza korzenie, umacnia się. Jak jest gotowa objawia się w całej rozpiętości, głównie chwyta za serce, rzadziej za głowę, czasami za oboje, chwyta, ściska i nie puszcza. Skutkiem ujemnym, w niektórych przypadkach, bo przecież nie we wszystkich jest to wartość dodana, jest ślub, czasem huczne, rzadziej skromne, ale jednak zawsze wesele. Przychodzi taki czas w życiu mężczyzny, że ten, oszołomiony miłością do tej jedynej, długo wyczekiwanej, poszukiwanej in persona epistołą gończą, odnajdując skarb, zakłada własną rodzinę.

fot 9. Barka Patria

Od strony wewnętrznej, zatem bardzo osobistej, bo dotykającej własnego ja, nie było to zadanie łatwe. Zadurzyć się, to przecież potrafi każdy, spojrzenie, uśmiech, Ona trzepoce, to rzęsami, dla niego długimi i przepięknymi przecież. On już gotowy, tylko jeszcze nie odważny jakiś. Zbliża się, zajawia siebie, sprzedaje co ma najlepszego, najlepiej jak potrafi, zazwyczaj plecie bzdury, ważne by Ona się bawiła. Ona zazwyczaj nie słucha co On opowiada, wiadomo przecież, że bzdury plecie, pilnuje tylko by się w odpowiednich momentach uśmiechać i trzepotać rzęsami, to wtedy, gdy na nią patrzy. Chwila ta piękna trwa przez chwilę lub kilka i już są w sobie zadurzeni, czy może bardziej odurzeni pierwszym zderzeniem, wymianą ciepłych słów o niczym. To trzeba powtórzyć parę razy, raz nie wystarczy a przynajmniej nie wszystkim. On musi podtrzymać potok kwiecistych słów, które nie wiedzieć skąd mu się cisną przez usta. Ona musi jeszcze poudawać, że to co słyszy jest dla niej najbardziej zajmujące na świecie, przecież wiadomo, że nie. Muszą tak odegrać kilka razy tę swoistą komedię godów, zalecania się, prezentacji, to z jego strony, niebanalnych kolorów miłosnego ubarwienia. Przemożnej chęci urodzenia mu dzieci ze szczególnym uwzględnieniem potomka rodzaju męskiego, dziedzica, to z jej strony. Gdy tak już odtańczą ten taniec razy kilka, niektórzy muszą kilkanaście, a innym nawet i sto razy nie wystarczy. Powinna, ale nie jest to obowiązkowe, nie musi, wybuchnąć, rozgorzeć, rozpalić się w ich sercach nienazwana jeszcze potęga, coś co zmusi ich by od teraz zawsze chcieli być tylko ze sobą, na wieki już razem, to eufemizm, zazwyczaj wystarczy do końca swych dni, jego lub jej. Ta bezimienna potęga w niektórych kręgach została już rozpoznana, oswojona i nazwana. Miłość, jeżeli tylko się takie coś przytrafi dwojgu ludziom, rady na to nie ma żadnej albo są ze sobą, albo cierpią rozdzieleni. On tu, Ona zupełnie gdzie indziej, czyli zazwyczaj tam. Zrobią wszystko by być razem. Tylko, że w światku barkarzy to nie jest takie proste. Nie tak łatwo rozpalić taką namiętność. No bo jak się spotkać po raz drugi, nie myśląc nawet o tym, że przecież wyniknie z tego potrzeba by spotkać się raz czwarty, siódmy czy enty? Gdy On dzisiaj tu, a jutro już zupełnie gdzie indziej. Ona zostanie na miejscu, to w przypadku, gdy jest z lądu, łatwiej ją będzie spotkać, już namierzona nie przemieszcza się tęskniąc na wyśnionego w jednym miejscu. Co począć, jeżeli z lądu nie jest? Co wtedy? Jeżeli jest jak On z wody, jej dom na barce, niby wiadomo, gdzie, a jednak nigdzie. Nigdy nie tam, gdzie chce, zawsze tam gdzie poniesie woda, a prościej mówiąc, jest zawsze tam gdzie potrzebuje tego list przewozowy na fracht. Dzisiaj jeszcze tu, a za dwie godziny w zupełnie innym, odmiennym miejscu. I tak się rozpływają dwie pragnące się wzajem dusze wcale nie w uczuciach, a dosłownie. Tak skomplikowane przypadki wśród synów i córek szyprów zdarzały się nader często. Radzono sobie z tym różnie, najczęstszym substytutem spotkania był list, te zostawiano w bosmanatach portów rzecznych, zawsze można było poczytać utęsknioną korespondencję, ale do serca można było przytulić tylko kawałek papieru, a nie ukochaną czy ukochanego. Z pomocą czasem przychodziła natura. Przyjazna dla zakochanych pora roku jaką była zima, pod warunkiem, że była sroga, upał znacznie puszczał, a przyjaciel mróz zagarniał wszystko w swe utęsknione objęcia. Zima to pora roku, kiedy rzeczny ruch towarowy zamierał skuty lodem. Barki udawały się na zimowiska, by przeczekać nieżeglowny okres. Te zimowe miejsca postoju dalej i wcześniej zwane przeze mnie zimowiskami, to były wyznaczone miejsca tak zwane akwatoria, akweny wodne o specjalnym przeznaczeniu, czyli w naszym przypadku służące jako schronienie dla barek, bardzo często są to odrębne baseny portowe z własnym wejściem do portu. Barki na takie schronienie udawały się stadnie, bywały, do dzisiaj są takie, jak zimowisko Osobowice, dawniej za Niemca Liegehafen we Wrocławiu, Breslau, gdzie jedno z zimowisk pomieści sto pięćdziesiąt, a drugie, większe, sto osiemdziesiąt barek.

fot. 10. barka Konstantego Engelhardta, brata Aleksandra, okres I Wojny Światowej.

Naukowcy nazywają to miejscem postoju poza okresem nawigacyjnym, czyli zimowym okresem przerwy w żegludze, w języku barkarzy zimowiskiem zwanym. Jeden tylko warunek musiał się spełnić by lgnące do siebie dusze uszczęśliwić. Barki obojga musiały się znaleźć na tym samym zimowisku. Podczas zimowego okresu przerwy w żegludze, imano się różnych zajęć, jedni zbijali bąki nieposkromionej wszędobylskiej zimowej nudy, inni organizowali na większych zaprzyjaźnionych barkach – to w ładowniach było na to miejsce – może nie zaraz huczne, ale z całą pewnością przyjemne potańcówki. Szczęśliwcy, którym los sprzyjał, najmowali się do pracy, przy wyrębie lasu, jeżeli takowy znajdował się w pobliżu. Zatrudniano się do produkcji lodu, lód jako taki sam się produkował, nie było potrzeby mu jakoś specjalnie pomagać, praca polegała na wyrąbywaniu dosyć wielkich bloków lodu i za pomocą wbitych weń haków, dostarczeniu ich na brzeg. Stamtąd lód rozwożono do restauracji, hotelów czy fabryk, do wszystkich, którzy lodu potrzebowali, przetrzymywano go potem w głębokich chłodnych piwnicach by mógł służyć w szeroko pojętej konsumpcji, chłodni ani chłodziarek jeszcze nie tak dawno na świecie po prostu nie było. Barkarze również wynajmowali się do przeróżnych prac portowych, jeżeli było tylko na nie zapotrzebowanie. Wszystko to okropnie ciężkie prace fizyczne, proste, bo przecież nie trudne, ale wymagające tężyzny i dobrego zdrowia, cóż, ludzie z barek byli nawykli do tego rodzaju pracy, a ta pozyskana na zimowisku pozwalała na mniejsze uszczuplenie zapasów w portfelu spowodowane zimowym przestojem. Wśród niemałych przecież społeczności, to po potańcówkach zwłaszcza, młodzi, ci którzy byli bez pary lgnęli do siebie, bo jakżeby inaczej, wszak wołała natura, nudziła się persona i wrzała w młoda krew. Dobierali się w pary i tak powstawały uczucia, które w wielu przypadkach, odpowiednio pielęgnowane potrafiły przetrwać całe lata, życia całe, jakoś o rozwodach nikt nie myślał, nie było to ani w zwyczaju, ani w modzie. Przychodzi taki czas w życiu kobiety, mężczyzny, że zakładają własną rodzinę. Barka jest niestety zbyt mała, by pomieścić na niej dwie kuchnie, od biedy wystarczyłaby jedna, dwa łoża małżeńskie, tu już obojętnie jak by nie kombinować, jedno nie wystarczy. Młodzi albo osiedlali się na lądzie, albo osiedlali na nim starych, którzy już resztką sił, niech sobie odpoczną przez resztę życia, przecież zasłużyli, a i młodym wtedy nie będą zawadzać. Nierzadko przecież znajdywano trzecią drogę. Rodzice coś tam zawsze na taką okoliczność mieli pod podłogą, schowane, zaszyte w pościeli, bo przecież nie w banku, kto by tam bankierom zawierzył. Rodzina również Ci mniej i nie daj, a pożycz, ale przecież nie na lichwę, bo swojemu, łatwiej było oddać jak procent za uchem nie sapał. Jeżeli się dało, a prawie zawsze nie, to rodzice jej i jego wykładali zasoby i kupowano młodym barkę, przyszły dom i miejsce pracy, czasy to były jeszcze takie, że własność była rzeczą świętą, dopiero później nadejdą rządy bandytów co każdą świętość będą mieli za nic, a szczególnie tę o własności traktującą. Rodziny były dzietne, młodzi mieli zazwyczaj sporo wujów, stryjów, ciotek i innych co dzisiaj rzecz mało zrozumiała, naówczas natomiast jak najbardziej normalna, że całe to rodzinne towarzystwo wysupływało zza przysłowiowej pazuchy często niemały grosz i tak składając do kupy fundowało młodym ich pływające siedlisko. Często zwracać tych pieniędzy młodzi nie musieli, czasami jednak tak. Nie wszystkie rodziny były tak zamożne, nie zawsze zbiórka wystarczyła by kupić barkę nową, wprost ze stoczni rzecznej jakich na terenach rozebranej Polski było i niemało, a jednako niewiele. Caesar Wollheim, Werftanlage in Cosel, niewielka stocznia wybudowana tuż przed przekroczeniem progu dwudziestego wieku w dziejach ludzkości. Obecnie Port, marina Kazanów, po stoczni już dziś nie ma najmniejszego śladu. Czy ta sławna w Bydgoszczy wtedy jeszcze w Brombergu według nomenklatury niemieckiej, Stocznia Rzeczna, a właściwie to Zakład budowy statków rzecznych i konstrukcji stalowych, własność dwojga braci Teodora i Adolfa Wulff. W Bydgoszczy to właśnie bracia Wulff byli pierwsi w tym biznesie. Dopiero dwadzieścia lat później pojawia się konkurencja w postaci Leopolda Zobla, który swoją stocznię rzeczną powołuje do życia w tysiąc osiemset osiemdziesiątym piątym roku. Za dwa lata zacznie robić się tłoczno, a to za sprawą Stoczni Lloyda Bydgoskiego, który szczególnie wyspecjalizuje się w budowie tak zwanych berlinek, w dziewiętnastym wieku były one pospolicie, czyli masowo zatrudniane do obsługi towarów na rzekach Wisły, Narwi i Bugu. Przepiękny to był widok, gdy berlinka z postawionymi żaglami stawała w szranki z lądowym rumakiem i niejednokrotnie potrafiła płynąć na równi ze zwierzęciem sadzącym kłusem. Oczywiście nie da się pominąć budownictwa okrętowego dużych portowych miast takich jak Szczecin czy Gdańsk. Barkę można było kupić, było skąd i gdzie, nowa jednak kosztowała dużo, można śmiało postawić tezę, że zbyt dużo. Radzono sobie kupowaniem z drugiej ręki. Większość z rodzin barkarzy tak właśnie rozbudowywała swój rodzinny tabor. Najkorzystniej i to nie tylko ze względu na cenę kupowało się w Niemczech, tam przemysł stoczni rzecznych był bardziej rozwinięty, konkurencja stanowczo większa i coś czego nie można było nie docenić, niemiecki właściciel jakoś nie wiedzieć, dlaczego zawsze bardziej dbał o swoje narzędzie pracy. Dbałość ta spadała z każdym kilometrem odbytym w podróży na wschód, by na terenach rosyjsko rdzennych wykazać się atencją równą zeru. Wygląda na to, że coś siedzi w genach poszczególnych nacji, bo przecież tak jest do dziś. Ci bardziej zaradni i rozsądni nie kupowali w pełni wyposażonej barki, zazwyczaj kupowano za nieco, a nawet sporo mniejsze pieniądze barkę odkrytą i nie wyposażoną w pomieszczenia mieszkalne. Później dopasowywano i na swoisty sposób meblując przystosowywano ją do własnych potrzeb tak zwaną metodą gospodarza, materiał na zadaszenie barki, może nie zawsze takiej jakości jak te fabryczne, ale przecież równie sumiennie, bo dla siebie, kupowano na terenach polskojęzycznych po dużo niższej cenie niż ta niemiecka. Na samym początku doposażano taką barkę w mizerne, słabo ogrzewane pomieszczenia mieszkalne, z czasem dorabiano się solidnego lokum z dobrych materiałów. Najważniejsze by jakoś zacząć z własnym warsztatem pracy i dachem nad głową.

fot. 11. Feliks Tuszyński, ojciec Zygmunta na swojej drugiej barce w Berlinie 1934.

Feliks zrozumiał, że teraz nie ma już odwrotu, bardzo chciał w końcu wylądować na swoim, właściwie to mógł powiedzieć, że pragnie w końcu osiąść na swoim. Przecież do tej pory tak naprawdę był wodnym i morskim wagabundą, podróżnikiem, który ze względu na posiadane zasoby wędrował tam, gdzie go rzucał los. Najpierw na barce rodziców, to jeszcze jako dziecko, potem młodzieniec na cesarskiej służbie w Kaisermarine, potem zaciągnął się na rejsy transatlantyckie, na południowej półkuli schodzi ze statku i zostaje argentyńskim gaucho, kowbojem. Przez pół roku, to w Chile, szkoli załogi statków wielorybniczych na dalekim południu, gdzie już tylko śnieg, lód i mróz. Ponownie zaciąga się na rejs przez Atlantyk i stęskniony już za rodzicami, rozpoczyna wyproszony listownie przez staruszków powrót, wychodzi na ląd w ukochanej i dawno nie widzianej Europie. Rodziców tak od razu nie ujrzy, jeszcze ponad rok będzie pływał barkami na Renie. Trafia mu się praca na różnych zespołach holowniczych, by w końcu dotrzeć na rodzinną barkę.
Zanim rozpocznie pomagać rodzicom odrzuci jeszcze propozycję ze strony dopiero co powstającej na Pińskich błotach polskiej marynarki wojennej. Do służby w wolnej Polsce namawia go przypadkowo spotkany kolega.
– chodź Feliks, zobaczysz, fajnie jest, stała robota, pensja pewna, pomożesz, razem zbudujemy Polską marynarkę –
– wiesz, nie bardzo mogę, muszę pomóc rodzicom –
– będziesz miał pracę to kasą pomożesz, wszystko trzeba rękoma?, przecież można głową, chodź, zobaczysz jak jest, jak Ci się spodoba to zostaniesz, chodź –
          Kolega dowodził bocznokołowcem, płynęli z grupą oficerów, narybku mającego stanowić trzon kadry polskiej marynarki. Oficerowie rozweseleni, na takich rautach wody się raczej nie popijało. Rozpoczynają zabawę, strzelają do kaczek. Huk, świst jedna kaczka spadła, kilka pozostając w zdrowiu, majestatycznie przepchnęły swoimi upierzonymi skrzydłami letnie pińskie powietrze oddalając się od dopiero co powstałego niebezpieczeństwa i hałaśliwych intruzów w jednakowych uniformach.
– Jedź po nią! –
– Nie mogę, tam jest łacha – odpowiedział kolega Feliksa, kapitan bocznokołowca.
– Co tam jest? –
– Łacha, to znaczy mielizna, jak tam popłynę, statek utknie –
– To rozkaz! Ja tam widzę wodę, tam jest woda. Jedź tam! To rozkaz! -Kapitan stateczku, już przecież oficer, nie mógł odmówić bez konsekwencji. Oczywiście wprowadził statek na mieliznę, wiedząc, gdzie płynie zrobił to bardzo delikatnie. Pijane towarzystwo wsiadło do szalup by kontynuować polowanie.
– Do naszego powrotu, statek z mielizny ściągnąć! – nie omieszkali jeszcze wydać pijanego rozkazu.
Feliks przyzwyczajony do porządków w Kaisermarine nie potrafił się utożsamić z tak powstającą Polską Marynarką Wojenną. Oczywiście stateczek z mielizny ściągnięto, wytachali kotwicę na brzeg, zaczepiono ją o drzewa i na windzie kotwicznej ściągnięto małą przecież jednostkę z mielizny.
Feliks ruszył dalej, by pomóc rodzicom, jego brat jest jeszcze za młody by udźwignąć trud prowadzenia rodzinnego biznesu, to oczywiście wszystko na barce. Żeni się, założywszy rodzinę, co wydarzyło się w dwudziestego lutego tysiąc dziewięćset dwudziestego szóstego roku w Gdańsku, planuje własny interes. Tu nie ma innej drogi, pieniędzy z żoną Franciszką mają tyle ilu się doliczyli i więcej mieć nie będą. Wraz z bosmanem Stefanem Jabłońskim podróżują zaprzyjaźnionym rejsem na przyjaznej barce wprost do Berlina. Taki kurs się trafił, podczas podróży służyli marynarską pomocą.  W Berlinie przesiadka, bo przecież potrzeba dotrzeć do Hamburga, Freie und Hansestadt Hamburg, Wolne i Hanzeatyckie Miasto Hamburg, ta nazwa obowiązuje i dziś. To tutaj Feliks kupuje swoją może nie wymarzoną, ale za to własną berlinkę czasem zwaną krypą, w tłumaczeniu na język zrozumiały dla szczurów lądowych, barkę bez pokładu górnego, zabudowana zostanie dopiero w Polsce. Wspólnymi siłami wraz z braćmi i kolegami uszykują barkę tak by można było nią przewieźć każdy ładunek. Barka odkryta, sporo tańsza miała z ekonomicznego punktu widzenia sporą wadę, przewieźć nią można tylko ładunki nieczułe na warunki atmosferyczne. Barka kryta takiej wady jest pozbawiona, pod dachem można przewozić wszystko, asortyment ładunków staje się praktycznie nie ograniczony. Możliwość zarobku się zwiększa. Feliks marzy o takiej barce. Na starej, drewnianej drewnianej barce rodzi mu się syn, dadzą chłopcu na chrzcie Zygmunt, wcześniej się przecież pojawia na świecie starsza siostra Zygusia, Marysia. Potrzeba własnego dachu nad głową stawała się już nie tyle w sferze spełniania marzeń, co po prostu palącej niecierpiącej zwłoki potrzeby. Z przyczyn ekonomicznych, otwarcie mówiąc z powodu niskich zasobów finansowych musi kupić barkę tańszą, czyli odkrytą. Udaje się do Hamburga, kupuje barkę z drugiej ręki, barka niemłoda, bo dwudziestoletnia, zbudowano ją w tysiąc dziewięćset dziesiątym roku. Własnymi rękoma Feliks doposaża barkę, robi zrębnicę, kładzie ferdekę. Pomagają mu w tym bracia. Ojciec Zygmunta wyspecjalizuje się w sprowadzaniu barek z zagranicy, dwa czy trzy lata później sprowadzi barkę Vega dla swojego brata. Na handel jedzie on, ponieważ trasę ma już przetartą i rękę do handlu stosunkowo lekką, czyli szczęśliwą. Po sprowadzeniu Vegi sytuacja się powtarza, męska część rodziny Tuszyńskich pracuje przy remoncie barki.

fot. 12. barka Jupiter, późniejsza Santa Maria, barka zakupiona w Hamburgu, na zdjęciu w Berlinie w trakcie podróży do Polski, jeszcze przed przebudową bez pokładu górnego (ferdeka) rok 1934. Na fotografii od lewej: bosman Stefan Jabłoński, Feliks Tuszyński ojciec Zygmunta.

Jest rok tysiąc dziewięćset trzydziesty trzeci, dumny z siebie i ze swojej barki Jupiter, którą przemianuje później na Santa Maria, stoi Feliks wraz z bosmanem Jabłońskim na pokładzie ferdeki. Feliks na zdjęciu z prawej, dumny, wyluzowany w kapeluszu z lewą nogą wysuniętą do przodu. Z lewej bosman Jabłoński, stoi wyprostowany jakby na baczność, zapewne stremowany okiem aparatu, bo przecież nie tym, że obok pracodawca, przecież to prawie przyjaciel, wśród przyjaciół nie stoi się w pozycji zasadniczej, chyba, że hymn grają. Zastygli, dwaj ludzie z wody, dzień wygląda, że słoneczny i raczej nie jest zimno. Przystanęli tuż obok innych barek na tej fotografii już na zawsze, to w Berlinie. Pewnie wiedzą, że tuż obok urzęduje Der Führer und Reichskanzle, Wódz i Kanclerz Rzeszy już niedługo także prezydent, szef NSDAP i człowiek roku według tygodnika Time to dopiero w trzydziestym ósmym, znany na całym świecie psychopatyczny morderca seryjny Adolf Hitler, prawie przed chwilą dopchał się po trupach do władzy. Feliks wraz ze Stefanem nie wiedzą jeszcze – może gdzieś tam przy plecach pod koszulą na wysokości łopatki Anioł Stróż, On przecież wie wszystko, delikatnie podszeptuje przyszłość, ale nazbyt delikatnie, nieśmiało – jak bardzo dojście do władzy tego pana z  krótkim bo przecież nie sumiastym, rozchodzącym się na boki, na końcach podkręconym wąsikiem, tyle tego co pod nosem, no, może po centymetrze w lewo i w prawo więcej. Jak bardzo ta Niemiec odmiana, odmieni i ich życie. Nie tylko, zmienią się Niemcy, Europa, cały świat nie będzie już taki jak przedtem.
          To wszystko później, teraz po udanym targu wracają ze Stefanem z Hamburga, barka dobrze się prowadzi. Feliks jest bardzo szczęśliwy, już wie, jak nazwie swoją pierwszą w życiu własną barkę, “Santa Maria”. Teraz na chwilę przycupnęli w Berlinie by odsapnąć, Feliks ma znajomych wszędzie, gdziekolwiek tylko można dopłynąć, cała Europa opowiedziana siecią rzek i kanałów stanowi swoistą mapę powiązań międzyludzkich i przyjaźni. Jeżeli jest tylko choć stopa wody pod dnem, tam istnieje duża doza prawdopodobieństwa, że Feliks spotka znajomych z innych barek i nie tylko. Przecież na swojej barce pływa Konstanty Engelhardt, także na własny rachunek pływa Robert, bracia Aleksandra Engelhardta teścia Feliksa. Oczywiście Oni również mają synów, którzy nie wybrali się wraz ze swoją dorosłością na suchy ląd, wprost przeciwnie. Jeden z kumpli szczęśliwy posiadacz modelu A Exakty Vest Pocket, całkiem świeżuteńkiej jeszcze kamery, uwiecznia zastygłych po wieki na barce Jupiter, zwanej później Santa Maria dwóch dżentelmenów, Stefana Jabłońskiego i Feliksa Tuszyńskiego w Berlinie na rzece Szprewa. Trzeba przyznać, że trapezowy kształt pierwszej Exakty, udanego dziecka firmy Ihagee Dresden, był bardzo wygodny do trzymania, co zresztą charakteryzowało wszystkich jego następców wyprodukowanych przez firmę z Drezna. Fotografia się zachowała w nawet nie najgorszym stanie, nie ma już Feliksa, nie ma bosmana Jabłońskiego i barki Santa Maria niestety już także nie.


Komentarze |0|


* ksywa (wymagana)
@ * email (wymagany)

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.


*) Wymagane pola są oznaczone gwiazdką
**) Możesz użyć niektórych