“Ludzie z wody” cz.3


fot. 6. Maria Engelhardt. wnętrze barki Patrii pomieszczenia kuchenne, Maria, babcia Zygmunta przy pracach kuchennych przy westfalce. Na ścianie widoczny młynek do kawy.

Jarmuż na boczku

  Krzątała się po kuchni już od dłuższej chwili, rozpaliła ogień pod, a właściwie w westfalce, nie pierwszej już młodości kuchennym piecu z metalu. Piec, a właściwie niewielki piecyk, duża westfalka nie zmieściłaby się w tak małym pomieszczeniu, które było przeznaczone na kuchnię. Można było powiedzieć, że ciaśniutko, oj ciaśniutko i to nawet bardzo. Miejsca tyle co dla jednej osoby. Westfalka w kącie, dwoma bokami pieszcząca swym dotykiem ściany, tym krótszym z prawej i tym dłuższym to w głębi. Tak umiejscowioną kuchenkę było łatwiej zasztauować, czyli uwięzić za pomocą specjalnie wyprofilowanych sztab wraz z ich głęboko przemyślanymi otworami na wkręty. Dobrze zamocowana kuchenka to zazwyczaj mniejszy lub żaden kłopot podczas sztormu. Problem ten dotyczył nie tylko westfalki, ale też wszystkich mebli jakie znajdowały się na barce. Bardzo prosto to sobie wyobrazić, potrzeba tylko postawić sobie przed oczyma pierwsze lepsze z lądu mieszkanie ze wszystkimi meblami przytwierdzonymi do ścian, czy jak stoły, do podłogi. Na barce właśnie tak to wyglądało. Niby wszystko normalne, ale mebla czy stołu bez uwolnienia od wkrętów dobry człowieku nie przesuniesz. Bywały drobne, ale jednak od tej żelaznej bo na sztabach opierającej się reguły wyjątki. Taki na przykład żyrandol jako jeden z niewielu, jeśli nie jedyny miał pozwolenie na kołysanie się, ale to też w ograniczonej przestrzeni. Obrazy podwiązane linkami. To co nie przytwierdzone obiecywało, że w czasie sztormu przewróci się, spadnie, oderwie, podskoczy czy też zacznie wyprawiać jakieś inne mniej przewidywalne brewerie. Przyrzekało, że się w mało przyjemny sposób samo podda utylizacji, to w najlepszym przypadku, lub uszkodzi przy okazji inny przedmiot, mebel i to na niepowetowaną przez właściciela szkodę narazi. Wprost z kuchenki wspinał się ku górze komin, odprowadzał na pokład spaliny, czasem w przepięknych abstrakcyjnych formach i kolorach, to zależało od użytej substancji palnej, dymu. Palenisko było jedno, jednak cała płyta na westfalce podczas używania była więcej niż ciepła i można było podtrzymać pożądaną temperaturę dla już przygotowanej strawy. Dalej za paleniskiem opierała się, a raczej przytwierdzona była na stałe do ściany fikuśnie, według gustu gospodarza, przycięta blacha. Powyżej, to już na ścianie, rzędy haków, haczyków podtrzymywały kilka do kilkunastu kubków, kubeczków, rondelków i innych przydatnych w kuchni przedmiotów. Cała ta menażeria stanowiła swoistą sztormową orkiestrę, która w rytm kołysania się wydawała z siebie najróżniejsze dźwięki, niestety każde we własnej tonacji, pozostając do reszty muzyków, w dużym dysonansie. Wszystko to kiwało się i grało, ale dzięki haczykom nie było poddane osławionemu prawu pana Newtona, a co za tym idzie, nie tłukło się. Dalej po prawej, to już na tym boku ściany, który był rozpieszczany ciepłym zazwyczaj dotykiem westfalki, zawieszono różne sprzęta o tyle ozdobne, co i użyteczne. Mocno przytwierdzony porcelanowy, o niebanalnej urodzie młynek do kawy, pojemniki na sól, mąkę, czy inne kolonialne, czyli egzotyczne przyprawy. Wszystko to porcelanowe z pięknymi jednobarwnymi malunkami, które wypalano wraz z porcelaną wedle mało komu znanej, niezdradzalnej procedurze tajemnej. Były to najczęściej obrazy gospodarstw wiejskich czy innych sielskich, rolniczych widoczków, to tam, gdzie było na to dosyć miejsca. Tam, gdzie miejsca było skąpo, umieszczono tylko napisy, jak chociażby napis pieprz na pojemniku z pieprzem. Nie za dużo tego wszystkiego, jeszcze jakiś ręcznik, mały obrazek, to już dla zbytku, by podkreślić, że nie tylko życiem się na barce zajmowano. Duchem owszem też. Pomiędzy westfalką, a stołem, na którym oprócz przygotowywania posiłków również je konsumowano, było miejsca zaledwie na dwie osoby, a właściwie to jedną, jeżeli przyjmiemy założenie, że kucharz, kucharka od czasu do czasu nawet jeżeli nie lubi to musi się obrócić.

fot. 7. Czesława Engelhardt. ciocia Zygmunta Tuszyńskiego, tu w pomieszczeniu mieszkalnym na barce.

Na barkach rzecznych zawsze występował deficyt przestrzeni swobodnej, a cóż dopiero tej przeznaczonej pod zabudowę. Od zawsze istniał dylemat, który każda rodzina musiała rozwiązać: większa przestrzeń towarowa kosztem przestrzeni mieszkalnej. Większe ładownie to więcej pieniążków za usługę, przewóz towaru. Większe pomieszczenia mieszkalne to komfort życia, ale mniejszy zysk. Przestrzeń zawsze ograniczona na zawsze niezmienną szerokością i długością wymierzoną w metrach. Jak długo po rzekach pływały barki i bytowali na nich ludzie, ba całe rodziny, tak długo próbowano wycisnąć z tego dylematu złoty środek. Jak największy komfort życia jak najmniejszym kosztem dla towarowej przestrzeni. Przymusu nie było, można było zarabiać więcej i mieszkać w podłych warunkach. Najczęściej jednak decydowano się na możliwie najlepsze warunki lokalowe, zwłaszcza gdy w rodzinie na barce były dzieci, a prawie na każdej barce były. Sztormy to potężna przeszkoda jaka pojawia się w pracy ludzi żyjących z wody i na wodzie. Utrudnienie a właściwie wróg numer jeden, największy z koszmarów szyprów, którym zwyczajowo bywa brak towaru, to przecież mały problem, tu może ucierpieć co najwyżej pustawy żołądek i ego właściciela barki. Choroba, jeżeli nie śmiertelna z czasem przechodzi, ta która niesie śmierć rozwiązuje wszelkie problemy posiadacza tejże. Natomiast sztorm, o tak! Ten jest sprawą poważną, ale nie ten mniejszy, nie za duży, taki mały sztormik to nie, ale te wielki, olbrzymi, którego fale z łoskotem przewalają się nad nadbudówką barki, zalewając całą jej powierzchnię wodą. Wiatr wtedy wrzeszczy hukiem i gwiżdże we wszystkich możliwych szparach i zakamarkach z ogromną siłą napierając na barkę, tak jakby chciał zepchnąć lub nawet zawrócić ją z obranego przez sternika kursu. Wygląda to wtedy tak jakby barka tonęła, czasami tak jest naprawdę. O tak, w rzeczy samej sztorm jest marą, która potrafi zabrać życie, to jeszcze najmniejszy kłopot. Gorzej, gdy zabierze towar, jeżeli nie był ubezpieczony właściciel barki lub sam ładunek, to trudności zaczynają się piętrzyć, a wyjście z nich staje się kosztowne. Najgorsza rzecz z możliwych strachów to pozbawienie barki, warsztatu pracy przy jednoczesnym pozostawieniu przy życiu. Brak środków do życia bez narzędzia do ich pozyskiwania oto największy z upiorów jakie może przywieść sztorm do marynarskiego życia.
          Maria, niemłoda już kobieta, miała swoją młodość za sobą, to za mało powiedziane, można rzec, że jej siwe włosy i zmarszczki na twarzy i dłoniach już dawno ową wspomnianą młodość zapomniały. Czas, w każdym przypadku nieubłagany, na ludziach pracy, zwłaszcza tej fizycznej, a na wodzie niejako całodobowej, szczególnie intensywnie pomnaża swe wysiłki by odcisnąć swe piętno. W przypadku Marii z niemałym sukcesem. Oparła lewą dłoń o nie za gorący, ale już przyjemnie ciepły blat westfalki prawą sięgając po dzban z gorącą dopiero co doprowadzoną do stanu wrzenia wodą. Chciała zaparzyć herbatę, napić się ożywczego zapachem i w smaku napoju. Na chwilkę przysiąść przy kuchni, bo dalej już nie, zresztą żadnego dalej przecież nie było, salon był o dwa metry stąd, jakie to dalej. Salon, a właściwie salonik, miejsce do wyciszenia i wypoczynku z małym – to znowu przez deficyt przestrzeni – nakrytym białym obrusikiem stoliczkiem, to na nim najczęściej spoczywała spragniona pieszczoty ludzkiej dłoni i wzroku niedoczytana jeszcze książka. Czasami pisywano na nim listy. Częściej zliczano rachunki, zyski i straty ilość przewiezionych ton. Stolik przy oknie w potrzebie naturalnego światła by lampę naftą palić jak najmniej, to dla oszczędności portfela jak i oczu. Troszeczkę za stolikiem drewniana ława, by usiąść, ulotną chwilą odsapnąć, odpocząć. Nad ławą, to już na ścianie ozdobny dywan obraz, przedstawia bliźniaczo, bo podwójnie jakby w lustrzanym odbiciu z lewej na prawą, dumnego z siebie jak paw, jelenia na rykowisku. Wyżej ostatnia wieczerza. Chrystus zajęty dzieleniem chleba, rozdaje go pomiędzy uczniów, jeszcze nie apostołów, to później. Opowiada im o winie i krwi, nikt jeszcze nie wie, że właśnie ustanawia Eucharystię. Za chwilę wyjdzie w noc by zginąć, uczniowie w strachu się rozproszą, ale jeszcze nie teraz. Tu, na obrazie nieustająco trwa uczta, coś co się dobrze kojarzy, bo z pełnym żołądkiem. Obraz to symbol, widać, że gospodarze wierzący. Odpoczynek nie mógł być rozkosznie długi, tyle by wypić herbatę, nieubłaganie zbliżała się pora głównego posiłku dnia, zbliżał się czas obiadu.
          Szef kuchni, czyli Maria we własnej osobie, przewidziała na dzisiaj pozycję w barkowym menu wyjątkową, jarmuż na boczku, czy może boczek w jarmużu, danie może nie tyle niezwykłe co bardzo smaczne i pożywne. Ulubiona potrawa jej męża, dzieci również chętnie ten boczek wyjadały, może sam jarmuż już mniej ale zawsze trochę. Strawa nie była trudna do przygotowania i przyrządzała się dość sprawnie i szybko. Warunkiem łatwości w przygotowaniu była właściwa osoba, jeżeli kucharz nie był kuchennym fajtłapą a Maria nie była, to wszystko szło sprawnie, smakowało dobrze, a samo gotowanie nie bolało. Wyciągnęła z szafki garnek, bliżej mu było do kociołka, jeden, więcej jej nie było potrzeba, jako że jarmuż na boczku to potrawa jednogarnkowa. W języku ludzi z barek zwało się to z niemieckiego eintopf, czyli jeden garnek właśnie.

fot. 8. dziadek Aleksander, babcia Maria (Wacława to prawdziwe imię), ciocia Czesława.

Eintopf, ludek żyjący na barkach wypowiadał to zapożyczenie z języka niemieckiego, a określające nic innego jak strawę codzienną, z pieczołowicie prawidłowym akcentem czyli ajntopf, co w przekładzie dla ludu na barkach nie egzystującego, a zwanego potocznie szczurami lądowymi, oznaczało potrawę jednogarnkową. Składniki do garnka można było wrzucać dowolne, wedle fantazji, lub raczej wedle tego co było pod ręką i nadawało się jako tako do zjedzenia. Boczek, inne mięsiwo było równie dobre, warzywa, ziemniaki, te dopiero pod koniec dwudziestego wieku zaczną być postrzegane jako warzywo, w czasach, gdy po polskich rzekach pływały barki ziemniaka postrzegano jako ziemniaka. Kasza i ryż, były doskonałymi wypełniaczami takiego garnka, przy czym warto zauważyć, że obecność kaszy czy ryżu zupełnie nie kłóciła się z faktem, że w garnku już były ziemniaki inne dodatki były również nie do pogardzenia. Mocno uzależniony od zawartości garnka był wygląd ostateczny potrawy, czasami oczom zgłodniałych ukazywała się zupa by innym razem odmienić się w gulasz lub w niespodziankę potrawkę. Niskim nakładem finansowym pozyskiwało się danie o dużej kubaturze, co przy warczących głodem żołądkach było wystarczającym powodem by eintopf powstawał i był lubiany w swej smaczności. Przy założeniu, że gospodyni domowa, gospodarzy było wtedy jak na lekarstwo, pełni również obowiązki marynarza i nie ma czasu na długie i przesmakowane gotowanie, otrzymujemy jeszcze jeden dobry argument za daniem jednogarnkowym. Tanio, szybko i jeśli gospodyni umysł miała sprawny, również smacznie. Takie przygotowywanie posiłków wśród barkarzy miało znaczenie czysto pragmatyczne w odróżnieniu od oszalałego nienawiścią narodowego socjalizmu, gdzie krzewiono, by raz w miesiącu miast obfitego obiadu zażywać tak zwane niedzielne potrawy jednogarnkowe czyli eintopfsonntag a oszczędzone pieniądze darować biednym.
          Maria upiła łyk herbaty, ostatnie krople płynu rozeszły się po kubkach smakowych sprawiając drobną, ale zawsze przyjemność. Aromat nie uderzał już w nozdrza jak świeżo po zaparzeniu, rozszedł się w powietrzu, za chwilkę pozostanie po nim tylko mgliste wspomnienie. Podniosła się z krzesła, przeciągnęła nieco, ziewnęła i zabrała się do przygotowywania obiadu. Obrała cebulę, zapłakała jak zwykle, nie jakoś rzewnie, trochę tylko i nie z żalu, a z powodu obieranej cebuli. Cebulkę pokroiła w dość grubą kostkę, potem marchew tę w plasterki. Cebula jedna, ale duża. Marchewki dwie. Wyciągnęła boczek, spory kawałek, pokroiła go w kostkę równie grubą jak cebulę. Boczek potrzeba trochę przesmażyć, ale nie za dużo. Sięga po patelnię i smaży skrojony boczek z cebulą na gęsim, bo przecież najlepszym smalcu. Z jarmużu starannie usuwa nerwy i sieka go bardzo drobniutko, jak najdrobniej potrafi, tak posiekany jarmuż odpłaci się później wybornym smakiem. Boczek już się przesmażył, cebulka pięknie zeszkliła, Maria wprawnym ruchem wrzuca je do garnka dodając jarmuż i marchewkę, podlewa to odrobiną bulionu, który ugotowała wczoraj na ściętej skórce z wędzonego boczku. Nie za dużo tego bulionu, to nie ma się gotować tylko dusić. Miesza w garnku specjalną łyżką i w przekazanym jej tradycją ustną kierunku, tylko tyle razy, ile potrzeba ani jednego mięsznięcia więcej, ani jednego mniej. Dolewa jeszcze bulionu, bulionu powinna być zawsze ta sama ilość, jeżeli odparuje trzeba bulion uzupełnić, co Maria skwapliwie czyni. Gotuje strawę aż do miękkiego jarmużu. Na dwadzieścia minut przed końcem gotowania, każdy dobry kucharz wie dokładnie, kiedy, Maria doda do potrawy łyżkę musztardy i jeśli obiad ma być bogaty czy może podany z okazji jakiejś uroczystości to dorzuci jeszcze kilka niedużych wędzonych kiełbasek, to jednak nie zawsze, a raczej od święta. Oczywiście jak każda dobra gospodyni wie, ile i w jakiej ilości użyje soli i pieprzu, zawsze tyle by potrawa ku uciesze zjadających smakowała wyśmienicie.


Komentarze |0|


* ksywa (wymagana)
@ * email (wymagany)

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.


*) Wymagane pola są oznaczone gwiazdką
**) Możesz użyć niektórych