“Ciemno, prawie noc”, Joanna Bator.


Książka Pani Joanny dosyć długo leżakowała na moim czytniku i czekała na lepszą okazję. To nie jest z mojej strony jakaś celowa obstrukcja, taki los podziela około dwieście tytułów. Po prostu lubię mieć spory zapas literatury do wchłonięcia, to może jest jakaś obsesja, ale ta akurat zdrowa i nikogo nie krzywdzi. Do sięgnięcia po “Ciemno, prawie noc” zostałem popchnięty przez telewizor, który pokazał mi film o tym samym tytule z wyraźną informacją, że książkę przelaną na celuloid, czy może już teraz na matrycę cyfrową mi ukazuje. Po projekcji wyjścia nie było i natychmiast czytnik otwarłem. Dwa dni czytałem, właściwie to bez zbytecznych i nieuzasadnionych przerw czytanie się odbyło. Jednym tchem, tak to mogę określić. Oczywiście film jak pięść do pięty, nie, że film słaby, ale jaka książka przy nim mocna. Powiedzieć, że książka to skała a film kamyk w wodę to nic nie powiedzieć. Bardzo się ucieszyłem z pióra Pani Joanny i z samej opowieści, świetnie się to czyta. Niemniej popełniany przez większość z nas prawie zawsze błąd, czyli film przed książką swoje minusy musiał mieć i miał. Główna bohaterka historii miała twarz Cieleckiej. Osobiście wolę by to moja wyobraźnia kreowała wizerunki postaci za lekką podpowiedzią autorki, autora, a tak po odwróceniu każdej stronicy byłem skazany na twarz aktorki. Pani Magdalena zagrała dobrze i przekonywująco, niemniej jednak kolejny raz przekonałem się, że książkę się czyta przed filmem, co też ma swoje wady, nie ma po co, po przeczytaniu oglądać filmu, wiadomo, że obraz nie dorośnie do pięt słowu pisanemu.
“Ciemno, prawie noc”, Joanna Bator, serdecznie polecam, to dobry kęs z tortu literaturą zwanym.


Komentarze |0|


* ksywa (wymagana)
@ * email (wymagany)

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.


*) Wymagane pola są oznaczone gwiazdką
**) Możesz użyć niektórych