“Ludzie z wody” cz.2


fot. 3. tata Zygmunta stoi przy dziale artyleryjskim na łodzi podwodnej U-boot U32

I Wojna Światowa Feliks Tuszyński tata Zygmunta

          Absolutna rzeczywistość. To porażające jak grzmotu dźwięk, jak nieuchronny bieg rzeczy teraz. Teraz, to czas, który otacza, zniewala, wymusza reakcję bez możliwości refleksji, nikt nie pozwoli na przemyślenia, to może później. Teraz wymusza by działać. Nie interesował się polityką chociaż polityka interesowała się nim, nie był zakochany w Cesarstwie i Cesarzu, przynajmniej nie z przekonania. Od imperialnej ideologii dzieliła go przepaść. Prawdę mówiąc nic a nic nie obchodziło go “Święte Przymierze” trójki mocarstw, tak samo obchodził go zeszłoroczny śnieg jak i współczesny Kulturkampf. Miał rodzinę i to go zajmowało najbardziej, piękną w jego mniemaniu żonę, ba, nie piękną a najpiękniejszą na świecie i miał swój fach. Był marynarzem, chociaż to może nie najszczęśliwsze określenie na to co robił. Był dowódcą okrętu podwodnego U-boot SM U-32 w niemieckiej Kaiser-marine. Mordercza broń, u-boot, niemiecki okręt podwodny typu U-31 został zbudowany przez pana Friedrich Kruppa w jego Germaniawerft w Kilonii.
Budowa była o tyle długa co dokładna, trwała dwa lata od roku tysiąc dziewięćset dwunastego do czternastego, by wejść do służby pod dowództwem Edgara von Spiegel von und zu Peckelsheim, pod jego dowództwem, trzeciego września tysiąc dziewięćset czternastego roku w składzie IV flotylli na morzu śródziemnym w bazie Pula, która od roku tysiąc osiemset osiemdziesiątego szóstego stała się wojenną bazą morską Cesarstwa Austro-Węgier. Można powiedzieć, że broń to na ówczesne czasy doskonała. Historia odnotuje tę konstrukcję jako drugi z pięciu kroków milowych w rozwoju okrętów podwodnych tej klasy. To prosta, lecz solidna i wytrzymała jednostka o wysokiej sprawności nawodnej. Okręt wyposażono w cztery wyrzutnie torpedowe z zapasem sześciu torped i potężne działo o kalibrze 105mm i zapasem trzystu sztuk amunicji.
Marynarka wojenna, duma cesarskich Niemiec i osobiste ambicjonalne marzenie Wilhelma II o prześcignięciu morskiej potęgi świata, pani mórz i oceanów, królowej akwenów wodnych starej Europy jak i władczyni zamorskich dominiów, niepokonanej na wodach świata Anglii zwanej szerzej Wielką Brytanią. Marzenie to było o tyle niespełnione, co a wykonalne. Cesarstwo Niemiec było potęgą, to prawda, ale Wielka Brytania wraz ze swoimi zamorskimi koloniami potęgą większą wtedy jest i basta. Przede wszystkim Anglia to centrum finansowe ówczesnego świata, tam są największe pieniądze, potężne banki, elita światowej finansjery. Wojnę jak każde przedsięwzięcie trzeba finansować i to jest fakt nie do obalenia. Cesarstwo Niemiec posiada drugą co do wielkości flotę, no właśnie, drugą. Pierwsze miejsce co do wielkości i to wyprzedzając o kilka jak nie kilkanaście długości sportowego wierzchowca, posiada Wielka Brytania ze swoją “Grand Fleet”. Cesarz i jego otoczenie zdają sobie sprawę z tych porażających dysproporcji. Spodziewają się, że Anglia za pomocą swojej marynarki królewskiej “Royal Navy” zastosuje skuteczną przecież z powodzeniem od stuleci stosowaną taktykę blokady. Pomysł ten zresztą wprowadzono w czyn od samego początku konfliktu. Prawie natychmiast odcięto wszelkie połączenia zamorskie, początkowo dla samych Niemiec, a z czasem dla wszystkich krajów wrogich, a nawet neutralnych, które podejrzewano o współpracę handlową z Cesarstwem Niemiec.

fot. 4. Załoga U-boota, u góry trzeci od lewej ojciec Zygmunta, Feliks Tuszyński

Cesarz i jego sztabowcy, jako że kaiser-marine była dużo słabsza od Grande Fleet, unikali otwartego starcia. Jedyną rozsądną taktyką jaką Cesarstwo mogło zastosować była wojna podwodna. Co prawda zdawano sobie sprawę, że wraz z rozpoczęciem działań wojennych zarówno francuska jak i brytyjska marynarka wojenna mają dwukrotną przewagę, każda oddzielnie, nad podwodną flotą niemiecką. Rosja również w tym gatunku oręża pozostawała silniejsza, jednak car musiał swą flotę dzielić na dwa akweny, Bałtyk i Morze Czarne. Niemniej jednak nikt nie posiadał jasnej koncepcji co do tego jak tę podwodną broń wykorzystać. Ta straszliwa broń, niosąca śmierć wprost z odmętów morskich została zastosowana przez Cesarstwo Niemiec w formie nieograniczonej wojny podwodnej. Zatapiano wszystko, statki wojenne, handlowe, wrogie, neutralne. W tej morderczej pracy zrobiono sobie przerwę, to po zatopieniu parowca transatlantyckiego “Lusitanii”, na którym zginęło tysiąc stu dziewięćdziesięciu ośmiu pasażerów. Ogrom tragedii poraził nawet Niemców. Atak na “Lusitanię” odbił się gromkim echem we wszystkich mediach całego globu, skłoniło to Niemców do podjęcia walki tylko z okrętami wojennymi, co było równie nieskuteczne co niecelowe. Gdy zorientowano się, że statki handlowe, nawet neutralnych bander to wojenna kontrabanda, powrócono do doktryny nieograniczonej wojny podwodnej. Skutek totalnej wojny podwodnej był niezwykle porażający. Wielka Brytania została niemal odcięta od dostaw, sytuacja stawała się coraz bardziej dramatyczna, a poddanym jej królewskiej mości zaczął w oczy zaglądać smutny pan głód.
          Był dowódcą okrętu podwodnego. Praca jak każda inna, nawet lepsza, bo na statkach handlowych nie zawsze dobrze się działo. Nie wszyscy armatorzy grzeszyli uczciwością, normą było opóźnianie wypłat, jakoś tak nie potrafiono z zapłatą wyrobić się na czas. Owszem byli tacy, grube ryby, czołowi armatorzy potężnych flot handlowych, u których wszystko grało jak w szwajcarskim zegarku, ale weź tu człowieku do tych asów handlu się dostań, nie każdy mógł i nie każdy chciał, niektórzy, niespokojne duchy przedkładały nad stabilność przygodę, ale nie on. Należał do tej grupy, która preferowała stabilność, ale nie w ich mocy było dostać się do poważnych armatorów. Kaiser-marine była w jego przypadku dobrym rozwiązaniem. Cesarz Wilhelm II, który urodził się jako Friedrich Wilhelm Albert Victor, Prinz von Preußen, syn cesarza Fryderyka III, a wnuk panującego do 1888 r. cesarza Wilhelma I. W takich przypadkach mawia się, że oto urodził się sławny człowiek, faktycznie czego jak czego, ale sławy mu nigdy nie zabrakło. Cesarz Wilhelm II płacił bardzo dobrze i w porę, nigdy nie było z tym problemów, bardzo cenił sobie tą stabilność finansową, praca jak praca. Przecież to nie jego wina, że Gavrilo Princip swą czarną ręką pozwolił sobie na odstrzelenie niejakiego Franciszka Ferdynanda znanego jako Franciszek Ferdynand Habsburg-Lotaryński d’Este – arcyksiążę Habsburg. No i się zaczęło, praca przerodziła się w walkę, trud służby się zwielokrotnił i chyba najgorsze do czego doszło, to niebezpieczeństwo zejścia, ergo śmierci, na skutek tychże dla normalnego człowieka walk nie wiadomo o co i po co.
          W tej chwili obchodziła go absolutna rzeczywistość, brak szansy na uniknięcie odpowiedzialności. Wyboru nie było, musiał podjąć decyzję. Właściwie to wracali już do bazy po odbyciu rejsu bojowego. Wystrzelili wszystkie torpedy, swoje nawojowali i wracali by odpocząć, uzupełnić wyczerpane trudem podwodniaka organizmy i zapasy okrętowe, sam okręt czekało kilka drobnych napraw, ale nic wielkiego. Oficer wachtowy i On, spojrzeli na siebie, by przenieść spojrzenie w dal, na pojawiający się tam punkt, który zburzył prostą linię horyzontu na spokojnej wodzie.  Oczom jednego jak i drugiego ukazała się niewielka łajba, jakiś samotny frachtowiec podążający ku nieznanemu im portu przeznaczenia. Łajba niewielka, nie na tyle jednak mała by nie zmienić jej marszruty i wyznaczyć zupełnie inne przeznaczenie od tego jakie naznaczył jej armator i właściciel ładunku. On wiedział, że tamten widział, pierwszy stawał się zakładnikiem drugiego i odwrotnie, los brytyjskiego frachtowca był przesądzony. Torpedą czy działo? Pytanie było retoryczne, torpedy nie było, wszystkie już wystrzelili. Błyskawicznie obliczył różnicę prędkości i kursów, miał wprawę, robił to w pamięci, sprawnie, szybko i bezbłędnie. Zarządził alarm, zawyła syrena, mordercza broń poczęła czynić swą powinność. Zapewne, gdyby był wojownikiem z natury i od urodzenia, właśnie w takiej chwili dotykał by go dreszcz emocji, ciarki podniecenia pływałyby z góry na dół po jego niemłodych już plecach. Okręt rozrywał gładką taflę oceanu, było gdzieś od zera do jedynki w skali Beauforta. Francis Beaufort, który już jako trzynastolatek zaciągnął się na statek Kompanii Wschodnio-indyjskiej miał rozwinięty dar obserwacji i dosyć zgrabnie poukładał system oceny siły wiatru na podstawie obserwacji stanu morza w skali od zera do dwunastu. To nie jako chłopiec okrętowy, ale już jako irlandzki hydrograf i oficer floty brytyjskiej.
          Okręt coraz szybciej rozcinał wodne odmęty, pozostawiając za rufą coraz dłuższy i wyraźniejszy ślad. Po chwili rozległ się, musiał, pomimo wytłumionych gumą czy kauczukiem uszczelnień, szczęk otwieranych włazów. Teraz już jak najbardziej bezgłośnie wysypywali się jeden za drugim na pokład marynarze. Załoga okrętu podwodnego działała nad wyraz sprawnie, trudno się dziwić, wszak od dawna monotonnym powtarzaniem, dzień po dniu, godzina po godzinie ćwiczono takie sytuacje, wszystko po to by sprawnie zachować się w boju posługując się mozolnie wypracowanymi odruchami. Obsługa działa już działa, kierują stu milimetrową lufę w kierunku bezbronnego frachtowca. Padają zwięzłe, krótko warkoczące, bo przecież po niemiecku rozkazy. Jeden z trzystu armatnich pocisków jest właśnie z maszynową precyzją ładowany. Szczęk ryglowanego zamka i pada pierwszy strzał, ten przed dziób, wzbijając fontannę nakazuje w międzynarodowym, wojennym języku zatrzymanie statku, wyłączenie maszyn. Brytyjska załoga zauważyła niebezpieczeństwo, ale nie było już czasu na ucieczkę. Specyficzna to była załoga, nikt nie zamierzał uciekać, bezszelestnie i dla drugiej strony zupełnie niezauważalnie Brytyjczycy rozpoczęli przygotowania do walki z niemiecką łodzią podwodną. Doskonale wiedzieli co mają robić, byli przecież wykwalifikowanymi żołnierzami, marynarzami Royal Navy, poddanymi jej królewskiej mości. Edgar ze swojego stanowiska dowodzenia na kiosku u-boota obserwował wszystko przez lornetkę, nie odnotował żadnych podejrzanych ruchów ze strony nieprzyjacielskiej jednostki. Frachtowiec wykonuje to czego się od niego oczekuje, nie ma potrzeby do Brytyjczyków strzelać ponownie. Reflektory nakazuję ekipie frachtowca natychmiastowe opuszczenie statku. To wyrok śmierci, dla łajby nie dla załogi, załoga zginie jeżeli się nie podporządkuje bezwzględnie i natychmiast wydawanym rozkazom. Złapał drapieżnik swoją ofiarę w potrzask i rozkoszuje się jej strachem i pełnią władzy jaką nad nią posiadł, jest panem życia i śmierci Brytyjczyków. Natychmiast opuścić statek! Od tego momentu szalupa miałaby odegrać dla nich substytut stałego lądu, namiastkę brytyjskiego imperium, podczas gdy statek miał nieodwołalnie spocząć na dnie oceanu. Początkowo wszystko idzie gładko, jak po sznurku zamierzonego przez niemieckiego dowódcę scenariusza. Statek daje maszyny stop, załoga już krząta się przygotowując szalupę do opuszczenia na taflę posolonej przez Stwórcę wody.

fot. 5. na kiosku dowódca okrętu, przy kiosku z lewej Feliks Tuszyński ojciec Zygmunta

To od strony niemieckiej tak wygląda. Pozostała część, niewidoczna dla reprezentantów kaiser-marine załogi, przygotowuje niespodziankę w ilości trzech nie mniejszych od niemieckiej, potężnych armat. Ładują, celują i czekają by zrzucić osłony na tę chwilę uniemożliwiające oddanie strzału, ale skutecznie maskujące przed wrogiem ich stanowiska ogniowe. Są równie niewidoczni co skuteczni, gotowi do podjęcia natychmiastowej akcji. Bez skrupułów przeprowadzą przedsięwzięcie anihilacji niemieckiej załogi wraz z jej okrętem, z niekłamaną przyjemnością zadość uczynią nazwie łodzi podwodnej, śląc ją pod wodę, bezwarunkowo pozbawiając ją możliwości ponownego wynurzenia. Edgar ocenia sytuację, wszystko wydaje się w należytym i zaplanowanym porządku. Podejmuje decyzję o nierozstrzeliwaniu frachtowca z armaty. Nakazuje ekipie abordażowej obsadzenie szalupy. Zatopi anglika w bardziej wyrafinowany sposób. Kilku ludzi szybko przygotowuje szalupę do opuszczenia jej na wodę. Pirotechnicy taszczą ładunki wybuchowe, które w sposób bardziej ekonomicznie uzasadniony poślą angielską łajbę na dno. Amunicja do działa pokładowego 105mm, które zastąpiło pierwotną wersję uzbrojenia dwójki armat o kalibrze 88mm, również była bardzo cenna. Pocisków armatnich zabierano na rejs bojowy w ilości trzystu sztuk, niby więcej, ale życie zawsze pokazywało, że zarówno torped jak i pocisków zwykle było za mało, a już szczególnie odczuwano ich brak w sytuacjach, gdy były najbardziej potrzebne. Zresztą, teraz już nie mieli tych pocisków zbyt wiele, używali ich przecież podczas rejsu bojowego i to z niemałym powodzeniem. To był ich numer trzynasty. Mały kapeć, do tej pory zatopili dwanaście wrogich statków. Przeszło przez myśl Edgarowi, że to małe gówno może być pechowe, podzielił się nawet tą myślą, ze swoimi oficerami, mimo, że podwładnymi to jednak kolegami, wspólnie ustalono, że nie odpuszczą i nie będą czekać na czternastkę oszczędziwszy trzynastego a sobie pecha. Cóż ludzkie wybory i przeczucia nie zawsze się uzupełniają.
Ładunki wybuchowe, prosty trotyl, bardzo dobrze się nadawały to tego zadania.
          Troje ludzi, z niedużej, bo przecież zaledwie trzydziesto-pięcio osobowej załogi u-boota, odbija od niemieckiego okrętu i wiosłując kieruje się w stronę frachtowca. Obsada niemieckiej szalupy jest już w połowie drogi do skazanego, bez nadziei na inny wyrok statku. Szykował się prosty, bezproblemowy abordaż. Niestety, sam statek nie zamieni się w pryz, czyli zdobycz wojenną i nie przyniesie korzyści Cesarzowi. Skutkiem zatopienia frachtowca będzie uszczuplenie bogactwa zasobów Wielkiej Brytanii wraz z jej dominiami, na tyle jednak małe by zupełnie, ale to absolutnie niezauważalnym pozostać i bez wpływu na losy wojny. Za chwilę wejdą na burtę, założą ładunki wybuchowe i na tyle zepsują statek by poszedł na dno. Wysadzano, nie musiała być wielka, dziurę w burcie statku, pod linią wodną zatapianej jednostki.
          Zadanie było proste, dopłynąć, wykonać abordaż na opuszczony już przecież statek, założyć ładunki, odkręcić zawory wody zaburtowej, zejść na szalupę i popłynąć do łodzi podwodnej na zwycięskiego sznapsa. Feliks, ojciec jeszcze wtedy nienarodzonego Zygmunta, wiosłował ile sił by czym prędzej ukończyć powierzone mu zadanie, które byłoby proste gdyby nie to, że jednostka handlowa okazała się okrętem wojennym Jej Królewskiej Mości, statkiem pułapką. Niemcy jeszcze nie ogłosiły doktryny o totalnej wojnie podwodnej. Zatem dowódców okrętów wojennych obowiązywała “Deklaracja Londyńska” z tysiąc dziewięćset dziewiątego. Deklaracja pozwalała na zatapianie pojedynczych nieuzbrojonych i bez eskorty statków handlowych dopiero po opuszczeniu ich przez załogę. Ot, humanitaryzm taki, który pozwalał na zastosowanie instytucji statku pułapki. Po wprowadzeniu wojny totalnej znaczenie takich pułapek spadło, niemieccy dowódcy zatapiali wszystko bez zbędnego wynurzania się. Czasami jednak zatapiano w ten sposób, to w celu oszczędności torped, których naprawdę było za mało by marnować je na byle jednostki. Rzadziej, ale jednak od czasu do czasu trafiała się jakaś sztuka dla statku pułapki. Część ukrytej angielskiej załogi, która zwyczajowo w takich sytuacjach nie brała udziału w przedstawieniu “Poddajemy się” wycelowała działa w niemiecki okręt wojenny, zrzuciła osłony maskujące działa, jednocześnie w miejsce białej poddańczej szmaty wciągając na maszt banderę wojenną brytyjskiego imperium.
          Bez zbędnej zwłoki Brytyjczycy rozpoczęli ostrzał niemieckiej łodzi podwodnej, siła ognia angielskich armat była miażdżąca. Pierwszy pocisk wzbija fontannę wody nieco za niemieckim okrętem na wysokości kiosku, miejsca dowodzenia, drugi świszcząc ładuje się w kiosk. Łódź podwodna zostaje obramowana angielskim ostrzałem, prawdopodobieństwo, że trzeci pocisk trafi do celu jest bardzo duża. Z bezwzględną pewnością należy przypuszczać, ba, mieć pewność, że trafią pociski czwarty i piąty, następne roztrzaskają osaczony okręt i to niemiecka łódź podwodna pójdzie na dno, a nie, zdawałoby się, bezbronny brytyjski frachtowiec. Edgar von Spiegel, niemiecki dowódca wraz z oficerami i kilku marynarzami siłą wybuchu zostają wyrzuceni do morza. Nie wygląda to dobrze, jakiś pocisk trafia w zbiornik paliwa, paliwo wycieka ciała kolegów w wodzie, niektórzy może jeszcze żyją, ale przecież z całą pewnością pójdą na dno. Ci na szalupie już się zorientowali w beznadziei swego położenia. Zawracają i mimo zmęczenia potrajają wysiłki by dotrzeć do swoich. Cudem dopływają do niszczonej przez Brytyjczyków łodzi podwodnej, swojego okrętu. Ktoś przytomny daje całą naprzód, zmieniają kurs i usiłują oddalić się od statku pułapki. Tych z wody nikt nie ratuje, nie ma na to czasu. Brytyjczycy też dostali parę strzałów, niemiecka załoga nie przyjmowała biernie kolejnych razów, odgryzali się ze swojego działa i to celnie. Frachtowiec zaczął nabierać wody. Brytyjczycy zauważyli, że okręt podwodny oddala się jednocześnie przechylając się coraz bardziej na burtę. Widać, że nabiera wody. Byli przekonani, że tonie. Nie gonili, ze sobą mieli więcej roboty, spuścili szalupy i odłowili żywych jeszcze Niemców. Jeńców natychmiast zagonili do ratowania frachtowca przed niechybnym utonięciem. Udało się z lekko uszkodzonym okrętem ujść z pułapki zastawionej przez Anglosasów. Brytyjczycy odnotowali zanurzenie Niemców jako zatopienie ich okrętu, a Niemcy uznali załogę, która dostała się do niewoli za zaginioną w akcji ze wskazaniem na duże prawdopodobieństwo zabicia ich przez wroga.

          Ojciec Zygmunta i kapitan u-boota spotkają się dopiero po wojnie, gdy Edgar wypuszczony z niewoli dotrze do swojego domu. Zdumieniu i szczęściu nie będzie końca, gdy marynarz i jego dowódca wychylą wspólnie kolejnego powojennego sznapsa. Obaj przeżyli i tylko to się wtedy dla nich liczyło.


Komentarze |0|


* ksywa (wymagana)
@ * email (wymagany)

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.


*) Wymagane pola są oznaczone gwiazdką
**) Możesz użyć niektórych