“Ludzie z wody” cz.1


Wodne życie rodzin szyperskich

Krzysztof Janczewski

Zwyczajna opowieść o ludziach i czasach niezwyczajnych. Kto dzisiaj jest w stanie zrozumieć, czy choćby sobie wyobrazić życie na zamkniętej, niewielkiej przestrzeni otoczonej zewsząd wodą. Oni tak żyli przez stulecia, barki rzeczne były dla nich domem, szkołą i pracą. Tu przychodzili na świat, dorastali, zakładali rodziny, tutaj z tym światem się żegnali.

Celem niniejszej publikacji jest ocalenie od zapomnienia miejsc, ludzi, ich radości i smutków. Przedstawiam w niej historię jednego z takich ludzi, mojego Teścia Zygmunta Tuszyńskiego, którego całe życie było związane z wodą.

fot. 1. rok 1902 Aleksander Engelhardt z rodziną właściciel barki Patria, jeden z kontynuatorów rodzinnej tradycji szyperskich, dziadek i babcia Zygmunta. od lewej: Aleksander Franciszek Engelhardt, Józef Wacław, Wacława Marianna Engelhardt z domu Krauze, na kolanach od lewej: Edward Wacław, Czesława Maria, siedzi na dole: Franciszka Maria.

Ludzie z wody

               Trud codzienności, mozolne powielanie czynności, wykonywanie tych samych zadań. Po to by utrzymać rodzinę. Praca na barkach rzecznych, właściwie trzeba powiedzieć barkach pływających, bo przecież wodny ruch towarowy nie był zamknięty tylko do akwenów śródlądowych, swoistych dróg rzecznych, na morze również wypływano. W większości przypadków można było dostarczyć towar bez wychylania dziobu na pełne morze. Żegluga śródlądowa, najtańszy z ówcześnie dostępnych środków transportu, była doskonale rozwinięta. Należałoby wspomnieć, że były barki z płaskim dnem, o mniejszym zanurzeniu to po to by płynąć nawet po płyciznach. Te płaskodenne mogły zabrać więcej towaru. Stocznie budowały również barki pełnomorskie o dużo większym zanurzeniu, te nie bały się niekorzystnych warunków atmosferycznych, a o takie nie było trudno na morzu. Nie mogły jednak wpływać do rzek płytkich. Oczywiście budowano też i pływano na barkach, swoistych hybrydach, które mogły pływać zarówno po rzekach, nie w każdym miejscu i po morzu, ale już nie w każdych warunkach pogodowych. Mapa dróg wodnych śródlądowych pokrywała właściwie całą ówczesną Europę, rzeki łączyły się ze sobą siecią kanałów, naturalnych zbiorników wodnych bądź stworzonych ręką ludzką setek śluz i innych. Praca na barkach raczej należała do ciężkich fizycznych zawodów, takim zresztą do dzisiaj jest przecież praca marynarza. Niemniej jednak bycie szyprem było specyficznym pomysłem na zarabianie chleba. Mianowicie była to profesja, w której pracowały całe familie, w tym rodzaju transportu krewni jako współpracownicy to była norma, barka nie była tylko środkiem utrzymania pełniła również rolę domu rodzinnego. Może to nie były piękne i przestronne domostwa, ale liczba izb zazwyczaj odpowiadała tym na lądzie, jak i tożsama była z tamtych przeznaczeniem. Były to małe klitki, niemniej salon, kuchnia i sypialnia znajdowały się na każdej barce, no może prawie na każdej. Wyposażano te swoje domostwa na różne sposoby. Jak kto potrafił i na co kogo było stać, strojono je w dywany, obrazy, wyposażano w kominki, kuchenki, wszelkie sprzęta użyteczne czy te mniej, jak choćby naścienny porcelanowy młynek do kawy, który przyznać trzeba mógł być przydatny, ale niezbędnym już być nie musiał. Niewątpliwie natomiast rzeczą niezbędną na każdej barce była lampa naftowa. Światło to zawsze jest pożądana rzecz. Lampy na barkach musiały być i były instalowane w sposób bardzo przemyślany. Wiadomo, że na wodzie to się wszystko buja, kiwa i huśta, bywa, że podskakuje, tłucze, chrobocze, świszcze i skrzypi. Należało lampy naftowe zabezpieczyć w taki sposób by podczas kiwania nie wylać z nich łatwopalnej przecież nafty. Mocowano je tak, by swobodnie mogły sobie wisieć nieustająco w pionie niezależnie od rytmu kołysania. Cała lampa z mosiądzu, na dole obciążona ołowiem w stopce, ołów skryty w mosiądzu spełniał rolę obciążenia. Przymocowane do ściany dwa wahadełka wraz ze stópką dbały by niezależnie od kapryśnej aury lampa zawsze trzymała pion. W warunkach dobrej pogody czy na postoju, lampę można było zdjąć i postawić na stole, choćby do napisania listu czy przeczytania książki.

fot. 2. rewers fotografii wykonanej w zakładzie Bernardi

          To nie jest łatwy kawałek chleba, płynęli całą noc, trzeba się było spieszyć, byli umówieni, a raz dane słowo święta rzecz. Przeprawa nie była prosta, ale co może być proste na przełomie wieków. Musieli przenocować na rzece, często tak się przytrafiało, gdy brzeg okazywał się niegościnny i nie było możliwości by przytulić się doń czyli po marynarsku przycumować. Stanęli na nocleg w tym miejscu z trzech powodów, po pierwsze zapadał zmrok, po drugie byli już naprawdę znużeni, na nogach od świtu, płynęli tak długo jak się da by dotrzeć do miejsca, z którego będą mieli blisko, gdzie od dawna byli umówieni, to po trzecie. Dwoje dorosłych i czwórka dzieci. On z sumiastym, gęstym na końcach podkręconym wąsiskiem. Ona o niebanalnej interesującej urodzie, z trwałą na głowie, a także czwórka dzieci, dwie dziewczynki i dwóch chłopców. Dzieci jeszcze są małe, dwójka, Franciszka i Józef są już w wieku, gdzie przestaje się psocić i już zaczyna pomagać, chociaż te bardziej radosne czynności dominują i to bardzo. Natomiast Czesława i Edward to malutkie jeszcze dzieciaczki, które wymagają absolutnej atencji ze strony dorosłych. Jak się ma małe dzieci, żyje na barce i w czasach, w których przedszkoli ani żłobków na rzekach nie uświadczysz, to musisz się potomstwem opiekować i nic tego nie zmieni. Praca od świtu do zmroku, zajmowanie się dzieciakami, całe szczęście, że domu od pracy nie dzieliła najmniejsza nawet odległość, wszystko było w jednym miejscu i jak najbardziej na miejscu, świetnie dawali sobie radę. Chociaż nikt z nich nigdy nie będzie wspominał, że było lekko. Przed świtaniem, po przespanej nocy, wczesnym budzeniu. weszli na łódź, wyposażenie każdej barki. Jeszcze wczoraj poprosili rodzinę z sąsiedniej barki by przypilnowali im domostwa. Sąsiedzi trochę przypadkowi, pojawili się chwilę po tym jak Aleksander zakończył proces zarzucania kotwicy na obranym przez siebie miejscu, wszak to on był kapitanem i właścicielem barki “Patria”. Przybysze podpłynęli do nich z prośbą o przycumowanie do Patrii, też już mieli dosyć całodziennego trudu. Trochę przypadkowi goście, ale nie nieznani. Rodziny szyperskie to mały ludek i bardzo hermetyczne środowisko, wszyscy ze wszystkimi się znali. Przeprawa nie była łatwa, trzeba było się zapakować do łodzi z czwórką dzieci, dopłynąć do brzegu i to wszystko w odświętnych strojach, może nie w jakichś wykwitnie drogich, ale w najlepszych jakie mieli. Trochę odłożyli pieniędzy i postanowili, że zrobią sobie pamiątkę, widzieli takie na innych barkach u znajomych. Piękne, ładnie oprawione fotografie, usytuowane w najbardziej eksponowanych miejscach, zazwyczaj w salonie. Trudno pomieszczenie mieszkalne na barce nazwać salonem, ale wszyscy się starali, oni również, by na tak małej przestrzeni stworzyć sobie i dzieciakom namiastkę domu. Właściwie to był salon, na miarę ich możliwości, a jednak, ozdobione ściany, jakiś obraz, jeden lub dwa, dywan, stół, nawet meble sprawiały wrażenie normalnych i tylko uważne oko obserwatora dostrzegłoby zabezpieczenia i specjalne mocowania kredensu i szaf. Jak się żyje na wodzie to nie można inaczej, trzeba być przygotowanym, że będzie bujać, stukać, trząść. Wacława od trzech dni szykowała dzieciakom ubranka, prała, prasowała, starała się by wszystko leżało na pociechach jak należy. Była piękną kobietą, chociaż już nie tak młodą matką czworga dzieci. Zatrudniona przez męża i dzieciaki na więcej niż pełny etat. Obowiązki matki, żony, kucharki, sprzątaczki i marynarza. Tak, w takich rodzinach żony pełniły funkcje marynarskie, bo któż by inny, nie wszyscy mogli sobie pozwolić na zatrudnienie bosmana czy pomocnika. Chociaż to różnie bywało, jak się trafiło na giełdzie sporo towaru z dobrą ceną za fracht, to stać było właściciela barki na zatrudnienie pracowników. Pozyskiwanie ładunku, czyli frachtu odbywało się na zasadzie przetargu. Właściciel towaru zgłaszał, ile skąd i dokąd oraz jaki ładunek potrzebuje przewieźć. Właściciele taboru pływającego podawali cenę, za którą byli skłonni wykonać usługę. Wygrywał, czyli dostawał zlecenie ten, który wystawił najatrakcyjniejszą cenę. Często się jednak zdarzało, że właściciel towaru miał kilku swoich zaufanych przewoźników i jeżeli któryś z nich znajdował się pod ręką mówiąc żargonem, na pusto, to bez żadnego przetargu dostawał zlecenie, a cenę za usługę ustalano między dwiema stronami z pominięciem giełdy.

          Tak naprawdę Wacława z ubraniami była gotowa już wcześniej, ale chciała wszystko sprawdzić, jak większość kobiet, które prowadzą dom, bez względu na to czy na lądzie czy na wodzie, musiała mieć wszystko poukładane, uporządkowane i zapięte na przysłowiowy ostatni guziczek. Wszystko było w należytym porządku, nie było najmniejszej potrzeby by jeszcze raz sprawdzać czy wszystko jest tak jak zamierzyła, ale co i rusz coś jeszcze poprawiała, wygładzała fałdki, strzepywała niewidzialny włos z dziecięcego ubranka. To wszystko razy cztery, dwa w chłopięcym i dwa w dziewczęcym wydaniu. Nie ustawała w atencji pilnując by maluchy jak i te starsze gdzieś się przypadkiem nie utytłały. Trzeba przyznać, że dzieci w tym kierunku były nad wyraz uzdolnione.

          Aleksander Engelhardt syn Augusta Ferdinanda Engelhardta urodzonego w tysiąc osiemset siedemnastym, roku, w którym umiera Tadeusz Kościuszko, w Krakowie odbywa się uroczysty pogrzeb księcia Józefa Poniatowskiego, a Adam Mickiewicz wraz z kolegami pod przewodnictwem Tomasza Zana powołują do życia organizację pod nazwą Filomaci.

          August Ferdinand, oczywiście tak jak jego przodkowie, należał do ludzi żyjących na rzekach, drogach żeglugi śródlądowej, miał czterech synów. Aleksander Engelhardt syn Augusta, właściciel barki “Patria” był jednym z wielu kontynuatorów rodzinnej tradycji barkarzy, czyli ludzi, którzy na wodzie i z wody żyli, barka była jego pracą, żywicielką, pasją i domem. Może i ciasnym, ale własnym, tak naprawdę nie pamiętał od kiedy i od kogo rozpoczęła się tradycja pracy na wodzie, jego ojciec pływał i ojciec jego ojca. Dziadek Augusta, David Engelhardt, który swego czasu powiedział – tak – dla Julianne Dix, znika niestety w odmętach historii, nie ma danych na temat jego urodzenia, daty ślubu czy śmierci. Drzewo genealogiczne, ile razy do niego zaglądnąć, wciąż nieodmiennie pokazuje w tych miejscach białą, pustą plamę i nie chce inaczej. Wiadomym jest tylko, że dzieje Davida i Julianne osadzone są w osiemnastym wieku naszej ery i pierwsze dwie cyfry dotyczące dat z ich życia to jeden i siedem. Znane są jeszcze fakty, że również i oni byli barkarzami jak i to, że byli wyznania ewangelickiego. Członkowie rodziny Engelhardtów rodzili się na wodzie, dorastali, pracowali, zakładali własne rodziny, rozmnażali się i odchodzili, tak już od setek lat.

          Właśnie dopływali do miejsca postoju, noclegu, gdzie doczekają do rana by wybrać się do fotografa. Niejako korzystając z okazji, wieźli towar, którego list przewozowy prowadził ich barkę wprost do Warszawy. Aleksander ulegając namowom i staraniom Wacławy, takie miała marzenie, zamówił wizytę rodzinną w zakładzie fotograficznym “Bernardi”. Dzisiaj w tym miejscu, w którym w tysiąc dziewięćset drugim roku mieściła się siedziba fotografa mkną samochody, pędzą tramwaje, setki, a w przeciągu dnia tysiące jeżeli nie dziesiątki tysięcy, przemyka zagonionych w swym biznesie warszawiaków, chociaż to nieścisłość, warszawiaków już prawie w Warszawie nie ma, sam element napływowy, tak zwane słoiki, to od strawy przywożonej z domów w słoikach, po to by nie przepłacać w za drogiej, jak w każdej dla normalnego człowieka stolicy. Jeszcze wtedy właśnie tutaj, na ulicy Marszałkowskiej 114, gdy ruch był raczej niewielki, chociaż już kursowały tramwaje, mieściło się atelier fotografii artystycznej “Bernardi”, znane i dosyć prężne, posiadające swe filie na Miodowej 6 i Nowy Świat 43 pod nazwą “Moro” to w Warszawie. Świadczono jeszcze usługi fotograficzne w Ciechocinku i Mławie pod nazwą B. Alpern. “Na żądanie można mieć kopje” głosił slogan na rewersie każdej wypuszczonej fotografii przez zakład “Bernardi”. To właśnie tu na Marszałkowską 114, która nazwę swą zawdzięcza urzędowi marszałka wielkiego koronnego wielce zasłużonego dla osiemnastowiecznej Warszawy Franciszka Bielińskiego, którego dom, a właściwie pałac stał przy historycznym początku ulicy, zmierzali Aleksander z żoną Wacławą i czwórką dzieci: Czesławą, Franciszką, Edwardem i Józefem. Dzisiaj na próżno by się rozglądać w tym miejscu w poszukiwaniu fotograficznego punktu usługowego, wszystko się zmieniło. Owszem jest bar “Małe piwo”, fundacja “Roland McDonalda” a nawet “Poczta Polska” czy dwa samodzielne publiczne przybytki, co to są przeznaczone do ratowania zdrowia, ale zakład fotograficzny fotografii artystycznej “Bernardi” nie pozostawił po sobie najmniejszego nawet śladu.  Przeprawiwszy się na brzeg rodzinka przepakowała się, przepakowała, ponieważ dopiero co rozbudzone maluchy po umieszczeniu ich w łodzi natychmiast z powrotem posnęły. Tak to już jest, że w ich wieku równie łatwo o płacz, to po wybudzeniu, o śmiech, ten z różnych przyczyn jak i tak samo łatwo o sen. Przepakowali się do czekającej na nich nieopodal umówionej furmanki. Furman szarpnął lejcami i ruszyli do Warszawy na ulicę Marszałkowską 114. Chciałoby się powiedzieć, że koła zaturkotały o bruk, ale nic z tych rzeczy, pod kołami była zwykła polna droga, a piach jak ludziom wykształconym wiadomo, pod kołami nie turkoce. Fotografia, chociaż na terenach rozebranej przez ościenne mocarstwa Polski rzadka, była już wtedy modna i pożądana, każdy kto cenił swoich bliskich nie wykluczając własnej osoby chciał taką rzecz mieć. Posiadanie własnego wiernego wizerunku, te od malowanych ręcznie nie zawsze bywały udane, a co dopiero wierne, stało się możliwe przez wyczyn niejakiego pana Niépce, któremu na chrzcie, a przynajmniej w urzędzie dano na imię Nicéphore. Tenże francuski fizyk i wynalazca popełnił pierwszą na świecie trwałą fotografię.

          Był rok tysiąc dziewięćset drugi, zakład fotograficzny, wtedy to rzadkość i nowinka technologiczna. Odświętnie ubrani, lśniąco czyści zawitali do Bernardiego. Weszli do studia, olbrzymia skrzynka aparatu onieśmielała dorosłych, dzieciom odbierała chęć do jakiejkolwiek współpracy. Mieli odegrać przed kamerą najważniejsze role w swoim życiu, stremowani to za mało powiedziane, właściwie to zestresowani i to mocno, mieli stać się pierwszoplanowymi aktorami, musieli zagrać samych siebie. To niby nic takiego być sobą, ale jak to odegrać, gdy patrzy na ciebie oko obiektywu. Obiektyw, niezbyt długa rurka co tu dużo mówić śliczna w swej estetyce z pięknie wypolerowanego mosiądzu. Oko obiektywu zimno tasowało postaci aktorów, przynajmniej aktorom się tak zdawało. Sam aparat to była wielka skrzynka z poliuretanowego mahoniowego drewna wieńczona mosiężnymi okuciami, osadzona na wielkim, stabilnym trójnogu wykonanym również z poliuretanowego drewna. Cała konstrukcja wydawała się Aleksandrowi taka wielka. Z pewnością zaś była zbyt wielka i onieśmielająca dla reszty rodziny a zwłaszcza dzieci. Jak wyglądało wnętrze atelier, tego nikt nie zapamiętał i kroniki rodzinne na ten temat milczą. Wnętrze atelier było jakieś, pewnie takie samo lub bardzo podobne do innych mu współczesnych. Natomiast kamera wielkoformatowa na płyty szklane zrobiła na Engelhardtach imponujące wrażenie. To pewnie dlatego mały Edzio na fotografii trzyma w ręku skleconą z kijka i sznurka zabawkę, bat, którą przed chwilą dostał w podarunku od furmana. Przecież zupełnie niedawno zachwycony przyglądał się pracy woźnicy, którego zostawili przed zakładem. Korzystając z chwili przerwy furman zapalał fajkę, nie wydawało się to czynnością prostą ze względu na fakt, że w jednej dłoni dzierżył lejce, a w drugiej pomoc podróżną, swoiste technologiczne turbodoładowanie dziewiętnastego wieku, czyli bat właśnie. Natomiast dziewczynki Czesława i Franciszka trzymają swoje ulubione laleczki. Te malutkie zabawki dawały ratunek, gwarantowały ucieczkę od obcej na przekór ich woli zaistniałej sytuacji. Trzymać w ręku swoją ulubioną lalkę to jak trzymać w ryzach cały świat. W jednej sekundzie można się przenieść do świata dziecięcych marzeń, potrzebny jest tylko impuls, bodziec, swoisty łącznik ze światem wyobraźni, laleczki bardzo dobrze się do tej roli nadawały. Mały Edzio prawie się uśmiecha, wzrok ma odrobinę nieobecny chociaż widać, że przecież patrzy w oko kamery. Pewnie mknie swoją wyimaginowaną furmanką gdzieś hen leśnym duktem poganiając swoim małym bacikiem i tak przecież rącze konie. Tylko Józek wydaje się nie być pogrążony w dziecinnych rozmyślaniach. Stoi dumny i prawie uśmiechnięty, no ale on już jest przecież mężczyzną i nie da po sobie poznać, że jakoś mu nieswojo spoglądać w tajemnicze oko skrzynki aparatu. Śmiało spogląda w obiektyw, właściwie nieco wyżej pewnie tam, gdzie w górze nad aparatem obietnicą pstrykają palce fotografa, bo przecież właśnie ze skrzynki zaraz ptaszek wyleci. Sytuacja została opanowana, mimo obaw, strachu, przed samym wyzwoleniem przez artystę migawki, bo przecież nie rzemieślnika, “fotografia artystyczna” taki jest przedrostek nazwy zakładu “Bernardi”. Prawie wszyscy zastygają w bezruchu, tylko Czesia nie wytrzymuje i się wierci, ruch ten zostaje odwzorowany na szklanej płycie i dziewczynka będzie lekko poruszona. Jeszcze tylko chwilka, fotograf daje spocznij i rodzina Engelhardtów na zawsze została uwięziona w kadrze, może nie na zawsze, ale z całą pewnością na wieki.


Komentarze |0|


* ksywa (wymagana)
@ * email (wymagany)

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.


*) Wymagane pola są oznaczone gwiazdką
**) Możesz użyć niektórych